- Ostrzał miasta zaczął się w poniedziałek o szóstej rano. Ofiary śmiertelne to głównie cywile, jest też wielu rannych - mówi Catherine al-Talli z Syryjskiej Rady Narodowej. - Reżim czuje się bezkarny i stosuje wobec ludności wszelką możliwą przemoc.
Rada Narodowa skupia lokalne komitety koordynacyjne walczące z siłami Asada i reprezentuje większość opozycji. Homs zaś jest jednym z głównych ośrodków antyreżimowej rewolty.
W relacji na żywo arabska
telewizja satelitarna pokazała kłęby dymu unoszące się nad miastem, słychać też było odgłosy eksplozji. Bombardowanie rozpoczęło się w tym samym czasie, gdy z minaretów rozległy się modlitwy.
Poniedziałkowy atak wygląda na najgwałtowniejszy w ostatnich dniach. Użyto rakiet i artylerii.
W dzielnicy Bab Amro został uszkodzony rurociąg, którym płynie do rafinerii w Homsie
ropa naftowa wydobywana ze złóż Rumailan na wschodzie.
Agencja Reutera ocenia, że zasięg ataku był szerszy niż w nocy z piątku na sobotę, kiedy czołgi i artyleria przypuściły szturm na Homs (według syryjskich działaczy zginęło wówczas ponad 230 osób, a 700 zostało rannych).
To najkrwawsze wydarzenia w historii trwającego niemal od roku powstaniu przeciwko Asadowi. Szacuje się, że w sumie pochłonęło ono blisko 6 tys. ofiar.
Władze zaprzeczają, że Homs ostrzelała armia. Ich zdaniem za przemoc odpowiedzialne są "zbrojne grupy terrorystyczne", które chciały wpłynąć na wynik sobotniego głosowania w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Rada zajmowała się projektem rezolucji potępiającej przemoc w Syrii i wzywającej do demokratycznych zmian. Przyjęcie dokumentu zablokowały
Rosja i
Chiny korzystając z prawa weta. Jutro w Damaszku ma się zjawić szef rosyjskiego
MSZ Siergiej Ławrow.