W niedzielę, przy zachowaniu największych środków bezpieczeństwa, przed wojskowym sądem w Bengazi stanęło 41 osób, głównie cywilów. - To pierwszy proces związany z rewolucją 17 lutego [zeszłego roku] - obwieścił na początku rozprawy sędzia płk. Ali al-Hamida.
Według broniących oskarżonych 15 adwokatów, postawienie cywilów przed wojskowym trybunałem to jawne naruszenie ich praw. - Istnieją wszystkie warunki, żeby zagwarantować oskarżonym uczciwy proces i sprawiedliwość - odpowiedział im wojskowy prokurator Jusuf al-Asifar.
Dawni zwolennicy Kaddafiego, który zginął w październiku ub. r. w niejasnych okolicznościach (został pojmany ranny i zapewne zabity przez grupę rewolucjonistów), zostali aresztowani latem w Bengazi, tuż po ataku rebeliantów na grupę zauszników reżimu. Są oskarżeni o "podtrzymywanie dawnego reżimu i szkodzenie libijskiej rewolucji", a także "utworzenie przestępczych band". Pierwsza rozprawa nie trwała długo - po szybkiej naradzie trybunał postanowił odroczyć ją do 15 lutego.
Rozpoczęcie procesu przypada na moment, kiedy dawni rebelianci są coraz częściej krytykowani przez obrońców praw człowieka za to, że przetrzymują dawnych zwolenników reżimu bez sądu. Human Rights Watch i Amnesty International oskarżają też byłych powstańców, że torturują swoich więźniów.
Libijczycy upierają się, że ich system prawny jest w stanie uczciwie osądzić członków i zwolenników dawnego reżimu, w tym aresztowanego w listopadzie i przetrzymywanego w Zintan, syna Kaddafiego Sajfa al-Islama.
Źródło: Gazeta Wyborcza