http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kat reżimu Pol Pota skazany na dożywocie

Maria Kruczkowska
2012-02-03, ostatnia aktualizacja 2012-02-03 18:26

Kaing Guek Eav alias "Duch", który osobiście decydował, jaki rodzaj tortur zastosować wobec każdego z 15 tys. więźniów Tuol Sleng, głównej katowni reżimu, nie opuści już nigdy więzienia.

Kaing Guek Eav alias
Fot. HO REUTERS
Kaing Guek Eav alias "Duch" przed trybunałem
ZOBACZ TAKŻE
Działający pod egidą ONZ specjalny trybunał kambodżański ds. zbrodni Czerwonych Khmerów odrzucił w piątek jego apelację od wyroku z 2010 r. Sąd skazał wtedy "Ducha" na 35 lat, ale zaliczył mu na poczet kary okres, który już spędził w areszcie, a po przeliczeniu skrócił karę do 19 lat.

Rodziny ofiar były oburzone. Obawiały się, że 69-letni szef służb bezpieczeństwa Pol Pota, dziś żarliwy nawrócony chrześcijanin, zdąży jeszcze poniańczyć wnuki. Mogło się tak stać, gdyby "Duch" nie wniósł odwołania od wyroku. Oprawca, który dwa lata temu kajał się za zbrodnie, płakał w sądzie i przepraszał, zaczął twierdzić, że był tylko mało znaczącym trybikiem systemu, który nie on stworzył.

Sąd nie podzielił jego zdania. Piątkowy wyrok to zadośćuczynienie dla rodzin ofiar szukających choćby symbolicznej sprawiedliwości po latach. Uprzedzając reakcje sali, przed oczytaniem sentencji trybunał zakazał klaskania i wznoszenia okrzyków na widowni. Dopiero za drzwiami rodziny dawały wyraz satysfakcji.

W latach 60. "Duch", nauczyciel matematyki, przystąpił do mało znanej partyzantki antyrządowej. Temu ideowemu perfekcjoniście nieznany jeszcze szerzej Pol Pot powierzył tworzenie obozów dla swoich przeciwników politycznych. "Duch" był komendantem obozów w dżungli, zanim stanął na czele katowni Tuol Sleng, czyli S-22, gdzie więźniów torturowano, aż przyznawali, że byli agentami KGB, CIA czy wietnamskich służb, i wydawali wspólników.

W 1975 r. wkroczył z Czerwonymi Khmerami do Phnom Penh. Po kilku godzinach wiwatowania nowi przywódcy kazali ludności się spakować, zabierając tylko tyle, ile zmieści się w małej walizce. To był początek najbardziej radykalnej próby inżynierii społecznej w historii. Rozpoczęła się od opróżnienia miast i zapędzenia ich mieszkańców do pracy na ryżowiska. Przypłaciło ją życiem 1,6 mln ludzi, co czwarty Kambodżanin, przy czym reżim eliminował planowo różne mniejszości etniczne, na czele z wietnamską, uważaną za wrogą.

Proces o zbrodnie Czerwonych Khmerów odwlekł się o dekady, bo najpierw Wietnamczycy musieli się wynieść z Kambodży, a trwało to do początku lat 90. Następnie opór stawił premier Hun Sen, były Czerwony Khmer, który w 1978 r. zbiegł przed czystką do Wietnamu i wkroczył dwa lata potem do Phnom Penh z armią wietnamską.

Razem z Wietnamczykami z Hanoi przybyli reporterzy. Jeden z nich, spacerując z aparatem po opustoszałej stolicy, poczuł okropny smród wokół byłego liceum dla panien w Tuol Sleng. Gdy przedarł się przez druty kolczaste, natknął się na rozkładające się ciała ze śladami tortur i liczącą tysiące tomów dokumentacją przesłuchań, często spisanych przez samego "Ducha". Uciekający strażnicy obozu nie zdążyli jej zniszczyć.

W Phnom Penh osobno sądzeni będą jeszcze trzej leciwi towarzysze Pol Pota, wspólnicy jego zbrodni: ideolog reżimu Nuon Chea, szef dyplomacji Ieng Sary i oficjalnie reprezentujący Demokratyczną Kampuczę (ówczesna nazwa Kambodży) Khieu Samphan.

Na dalsze procesy nie zgodził się premier Hun Sen, który chce, by trybunał zakończył swą działalność jak najprędzej.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 1
  • 5
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':