http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Egipcjanie winią generałów za tragedię na stadionie

Marta Urzędowska
2012-02-03, ostatnia aktualizacja 2012-02-02 22:39

Mieszkańcy Kairu protestowali w czwartek przeciwko bierności policji w czasie środowych zamieszek na meczu piłkarskim w Port Saidzie, gdzie zginęły 74 osoby. Opozycja oskarża wojskowych o sprowokowanie zamieszek.

Zamieszki w Port Said
Fot. REUTERS TV REUTERS
Zamieszki w Port Said
- Pomścimy ich albo zginiemy jak oni! - skandował tłum na dworcu kolejowym Ramzes w Kairze, podczas gdy z pociągów wynoszono kolejne ciała zawinięte w białe całuny.

To ofiary dramatu, który rozegrał się po meczu drużyn Al-Ahli i Al-Masri na stadionie w Port Saidzie. Tuż po końcowym gwizdku na boisko wtargnęli kibole zwycięskiej drużyny Al-Masri i zaatakowali zawodników stołecznego Al-Ahli. Chociaż większość uciekła do szatni, na trybunach rozpętało się piekło.

Kibole bili się pałkami, nożami i maczetami. Przerażeni ludzie, którzy próbowali uciekać, zadeptywali się nawzajem i spadali z wysokich trybun. - Kiedy zaczęły się starcia, ludzie w panice rzucili się do wyjścia - opowiada Reutersowi jeden ze świadków, 23-letni Usama az-Zajat. - Ginęli na naszych oczach, a policjanci strzelali w powietrze, co tylko zwiększyło panikę, bo nie wiedzieliśmy, czy nie strzelają do nas.

Zginęły 74 osoby, blisko tysiąc zostało rannych, podczas gdy niewielka liczba policjantów biernie przyglądała się rozgrywającemu się na ich oczach dramatowi. Na jednym z nagrań, które znalazły się w internecie, widać, jak jeden z funkcjonariuszy beztrosko rozmawia przez telefon gdy kibole wbiegają na boisko.

- Ciała leżą na ziemi, szatnie są pełne zabitych - opowiadał w telewizji napastnik Al-Ahli i gwiazda egipskiego futbolu Imad Mutab. - Dopóki winni nie zostaną ukarani, nie zagram w piłkę nożną.

- Żałuję tego, co się stało, składam wyrazy głębokiego współczucia rodzinom ofiar - mówił jeszcze w środę marszałek Muhammad Husajn at-Tantawi, który stoi na czele wojskowej rady rządzącej Egiptem od obalenia w ubiegłym roku dyktatora Hosniego Mubaraka. - Takie incydenty mają miejsce na całym świecie, na pewno nie złamią one Egipcjan, a winni zostaną surowo ukarani - zapowiadał w czwartek po spotkaniu z zawodnikami Al-Ahli.

Nie przekonał rodzin ofiar i przeciwników rządów armii. - Dosyć wojskowych u władzy! Naród chce egzekucji marszałka! - skandowali w czwartek na kairskim dworcu, po czym zorganizowali marsze na parlament, MSW i ministerstwo obrony. Protest zgromadził prawie 10 tys. demonstrantów. Doszło do starć z policją, która użyła gazu łzawiącego. Ok. 400 osób zostało rannych.

Teraz na głowy wojskowych, od miesięcy krytykowanych za opieszałość w przekazaniu władzy cywilom, posypią się nowe gromy. Opozycja już oskarża generałów, że specjalnie nie zadbali o bezpieczeństwo na stadionie, żeby przekonać Egipcjan, iż żyją w stanie zagrożenia i tylko rządy armii zapewnią im bezpieczeństwo. - Widziałem ludzi z nożami i maczetami, które bez trudu wnieśli na stadion, bo nikt ich nie sprawdził - opowiadał Reutersowi miejscowy dziennikarz Usama at-Tafahni.

Po rewolucji z lutego 2011 r., która obaliła Mubaraka, w Egipcie bezpieczeństwo jest w opłakanym stanie. O kilkaset procent wzrosła przestępczość, ulice patroluje zaledwie jedna piąta z wszechobecnych wcześniej policjantów.

Opozycja przypomina, że kibole, szczególnie drużyny Al-Ahli, nieraz narażali się wojskowym. Chociaż wcześniej nie mieszali się do polityki, w czasie ubiegłorocznych demonstracji wymierzonych najpierw przeciwko Mubarakowi, a potem Tantawiemu, zawsze byli pierwsi do bitki z policją.

Teorie, że to władze wojskowe odpowiadają za tragedię w Port Saidzie, było też słychać w czwartek w parlamencie na rozpoczętym minutą ciszy nadzwyczajnym posiedzeniu. - To robota diabła, egipska rewolucja jest w wielkim niebezpieczeństwie - lamentował przewodniczący izby Saad al-Katatni z Bractwa Muzułmańskiego, największej siły w nowym parlamencie. - To spisek przeciwko demokracji, który zostanie pomszczony - wtórował mu partyjny kolega Issam al-Erian.

Pojawiły się nawet oskarżenia, że na stadionie obok fanów obu drużyn znaleźli się nasłani przez reżim uzbrojeni bandyci - tacy jak ci, którzy po cichu wspierali wojsko i policję w tłumieniu protestów jeszcze za czasów Mubaraka.

W kraju ogłoszono trzydniową żałobę, premier zwolnił szefów egipskiego związku piłki nożnej, a gubernator Port Saidu podał się do dymisji.

Do przeprowadzenia niezależnego śledztwa w sprawie zamieszek wezwała Unia Europejska. - Mam nadzieję, że natychmiastowe dochodzenie rzuci nieco światła na przyczynę tych tragicznych wypadków - mówiła szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1