Chodzi o 500 podpisów posłów czy radnych, które musi zebrać każdy kandydat. Le Pen poinformowała właśnie, że ma ich dopiero 340. - Jeśli nie wystartuję, będzie to koniec długiego okresu francuskiej demokracji - stwierdziła.
Problemy ze zbieraniem podpisów Front Narodowy ma nie od dziś. Jego założyciel i ojciec Marine Jean-Marie Le Pen bił na alarm przed każdymi wyborami. W 1981 r., gdy jego partia cieszyła się jeszcze marginalnym poparciem, nie zebrano wymaganych podpisów i nie wystartował w wyborach prezydenckich. Ostatnio, gdy był poważną siłą polityczną, zawsze się to jednak udawało. W 2007 r. poparło go 507 wybieralnych urzędników, a w 2002 r., gdy wszedł do drugiej tury wyborów - 533.
Tym razem według szefowej Frontu Narodowego jest jednak gorzej niż kiedykolwiek - twierdzi ona, że pięć lat temu jej ojciec miał na tym etapie o 70-80 podpisów więcej. Zdaniem części polityków dwóch głównych partii - rządzącej UMP prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego i socjalistów - Le Pen chodzi tylko o przyciągnięcie uwagi i podkreślenie, że jest outsiderką.
Ale nawet w partii prezydenta Sarkozy'ego pojawiły się głosy zaniepokojenia. - Wydaje mi się, że Marine Le Pen naprawdę ma kłopoty z podpisami. Nawet na
Haiti takie rzeczy się nie zdarzają. To niezdrowe dla demokracji - mówił jeden z sekretarzy UMP Hervé Novelli. Niektórzy są zdania, że nieobecność Le Pen w wyborach mogłaby zaszkodzić, a nie pomóc Sarkozy'emu, bo to jego obwiniono by za dziwne procedury wyborcze.
Szefowa Frontu Narodowego proponuje, by system podpisów istniał nadal, lecz by nie ujawniano, kto kogo poparł. Obecnie drukuje się podpisy w dzienniku urzędowym kilka dni przed pierwszą turą wyborów. Mało który radny innej partii lub niezależny chce pokazać swoje nazwisko w tym kontekście. W Senacie złożono poprawkę w tej sprawie, lecz z pewnością przepisy nie zmienią się przed najbliższymi wyborami. Kandydaci mają czas na przedstawienie podpisów tylko do 16 marca. Wybory prezydenckie odbędą się 22 kwietnia i 6 maja.
O tym, że Le Pen powinna wystartować, przekonanych jest 70 proc. Francuzów (sondaż BVA dla dziennika "Le Parisien" z wtorku). Rok temu, gdy objęła przywództwo Frontu Narodowego, niektóre sondaże wskazywały, że jest wręcz najpopularniejszą kandydatką na prezydenta. Dziś wróciła na trzecie miejsce. Nadal depcze jednak po piętach Sarkozy'emu - wg sondażu Ifop szefowa skrajnej prawicy ma 20,5 proc. poparcia, gdy prezydent 22 proc. (najpopularniejszy jest socjalista François Hollande - 28 proc.). Inne badania dają jej po kilkanaście procent, ale i tak nie da się ukryć, że reprezentuje poglądy znaczącej części elektoratu.
Poglądy Le Pen Front Narodowy to od zawsze partia antyimigrancka i antyeuropejska. Marine Le Pen chce asymilować legalnych imigrantów, którzy już są w kraju, wyrzucać nielegalnych i nie wpuszczać nowych, np. w ramach łączenia rodzin. Uważa, że
Francja powinna wyjść ze
strefy euro i powrócić do franka, a UE widzi raczej jako luźny związek państw. Chce przywrócić cła na granicach (co jest całkowicie sprzeczne z zasadami Unii), dzięki czemu jej zdaniem uda się wyprowadzić kraj z zadłużenia. Wiele mówi o konieczności budowy silnego państwa i ponownym uprzemysłowieniu Francji.