Rozmowa z
Władysławem Inoziemcewem
szefem moskiewskiego Ośrodka Badań Społeczeństwa Postindustrialnego i byłym doradcą prezydenta Dmitrija Miedwiediewa Wacław Radziwinowicz: W grudniu 2011 r., akurat w 20. rocznicę upadku ZSRR, Rosja, Białoruś i Kazachstan stworzyły Wspólną Przestrzeń Gospodarczą, co ma być zalążkiem przyszłej Unii Euroazjatyckiej. Chodzi o integrację byłych republik czy posunięcie obliczone na pozyskanie głosów dla Władimira Putina w marcowych wyborach prezydenckich? Władysław Inoziemcew: Myślę, że zbieranie w jedną całość byłych terytoriów radzieckich nie będzie używane jako atut w kampanii wyborczej. Nie jest to dziś nośne hasło w Rosji. Młodzi i ci w średnim wieku nie czują żadnego związku z państwami Azji Środkowej.
Zmartwychwstanie ZSRR to tęsknota starszych wyborców głosujących na komunistów. Oni chcieli by też, by nasza armia stacjonowała w Kirgizji, by nie było oligarchów, a kiełbasa kosztowała rubel czterdzieści.
Więc jaki jest cel Putina? Chce odbudować imperium? - On nie może myśleć o odbudowie supermocarstwa, bo wie, że dzisiejsi przywódcy byłych republik chcą być takimi samymi dyktatorami w swoich państwach, jak on chce być u siebie. Status lenników to nie dla nich.
Putin może dążyć co najwyżej do rozszerzenia strefy wpływów, zakreślić wyraźną czerwoną linię pokazującą Ameryce, Chinom i UE, że tu jest terytorium związane z Moskwą, od którego im wara. I chce być pierwszym członkiem tego klubu, najbardziej postępowym, może demokratycznym.
Niezbyt ambitne zadanie, jeśli jest się w towarzystwie Nursułtana Nazarbajewa z Kazachstanu czy Aleksandra Łukaszenki z Białorusi. - To tak, jak było jeszcze w starożytnym Rzymie, gdzie
Juliusz Cezar wolał być pierwszy w małym miasteczku niż drugi w mieście. Putin w głębi duszy jest człowiekiem z prowincji i status "pierwszego we wsi" go zadowoli.
Jaki miałby być ustrój tego klubu, jeśli nie będzie scentralizowanym imperium? - Myślę, że konfederacja. Pewnie zlepiona sojuszem wojskowym, jeśli uda się stworzyć coś bardziej efektywnego niż istniejąca dziś i do niczego nieprzydatna Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym [Rosja, Białoruś, Kirgistan, Kazachstan,
Armenia, Tadżykistan, Uzbekistan]. I sporym wspólnym rynkiem, do którego mają swobodny dostęp członkowie wspólnej przestrzeni gospodarczej.
Wy w Polsce szliście do UE, bo chcieliście mieć demokrację, niezależne sądy, wolność słowa. Elity nasze i naszych sąsiadów łączy chęć zakonserwowania tego, co jest. Wspólną wartością jest też np. przekonanie, że można i czasem trzeba strzelać do protestujących robotników tak jak niedawno w Kazachstanie.
Więc powstaje "konfederacja dyktatorów"? - Tak. Przy tym słabych i wystraszonych arabską wiosną czy ekspansją Chin w Azji Środkowej. A czym my i nasi partnerzy możemy się przeciwstawić temu naporowi? Niczym. Wspólny produkt narodowy Rosji, Kazachstanu i Białorusi to dziś zaledwie 2,7 bln dol, Chin - 11,2 bln, a UE - aż 15,6 bln.
W dodatku Rosja, tworząc Wspólną Przestrzeń Gospodarczą, w pewnym sensie rozprasza swoje siły. Dochód narodowy na głowę mieszkańca Rosji, Białorusi i Kazachstanu jest o ponad 11 proc. mniejszy od tego, co przypada na statystycznego Rosjanina. A jeśli do przyszłej Unii Euroazjatyckiej przyłączą się Kirgistan czy Tadżykistan, to one też szczodrze podzielą się z nami biedą i zacofaniem.
Moskwa będzie musiała dofinansowywać ich rozwój, podnosić poziom życia mieszkańców.
Ale zyska dostęp do taniej siły roboczej w tych krajach. - Ten dostęp już i tak mamy, bo legalni i nielegalni emigranci płyną do nas rzeką. I to wcale nie jest dobra sytuacja. Tania siła robocza przeszkadza modernizacji, bo po co zastępować robotników nowoczesnymi maszynami, jeśli przy taśmie można za kopiejki postawić zastęp Tadżyków.
20 lat temu elity republik radzieckich z radością rozstały się z Moskwą, bo zrozumiały, że w suwerennych państwach mogą stać się właścicielami fabryk czy bogactw naturalnych. Czy teraz ludzie tacy jak Nazarbajew w Kazachstanie zgodzą się zrezygnować choćby z części swej niezależności?