Sprawa tylko z pozoru jest błaha. Dyskusja o kolejowych toaletach w Szwajcarii dotarła bowiem do ogólnokrajowych mediów. - Toalety w pociągach to hańba - pisała prasa, a rzecznik kolei musiał tłumaczyć się w telewizji.
Trudno bowiem w to uwierzyć, ale aż w co trzecim wagonie szwajcarskich kolei SBB nieczystości z toalet lądują prosto na torach - nie zainstalowano w nich systemu ze zbiornikiem, który funkcjonuje np. w samolotach. Przez lata kolejarzom to nie przeszkadzało, ale w październiku nie wytrzymało 25
robotników, którzy na dworcu w Zurychu wykańczali pasaż handlowy pod torami. Okazało się, że codziennie nad ich głowami przejeżdżało co najmniej 20 pociągów ze starymi toaletami, z których dosłownie lały się na nich nieczystości. Gdy wściekli, brudni i śmierdzący
robotnicy poszli na skargę do przełożonych, ci postanowili osłonić ich arkuszami z pleksi. Ale rozwiązanie okazało się psu na budę - nieczystości dalej spływały na głowy robotników. Wściekli wezwali na budowę działaczy związkowych. - Ludzie pracują tu w uwłaczających warunkach - ocenili związkowcy i kazali budowlańcom przerwać
pracę.
Strajk i widok grupy robotników i związkowców, którzy na zuryskim dworcu przez kilka dni demonstrowali z transparentem "Więcej ochrony", podziałał na wyobraźnię Szwajcarów. Helwecka kolej jest może punktualna, ale nieustannie drożeje. A mimo to Szwajcarzy w pociągach nie mogą się doczekać nie tylko internetu (a np. w Austrii już jest), ale też porządnych toalet.
Władze SBB na początku bagatelizowały problem. Robotnikom z Zurychu kolejarze obiecali, że będą zamykać toalety przed wjazdem na dworzec (taki sam pomysł na zanieczyszczony dworzec opatentowano we
Wrocławiu). W końcu ustąpili. W zeszłym tygodniu rzecznik kolei oświadczył, że ponad 600 wagonów, w których nie ma nowoczesnych toalet, w ciągu czterech lat zostanie zmodernizowanych lub wysłanych na złom. Za modernizację kolej zapłaci 26 mln franków.