- Ci ludzie wnieśli swój wkład w wolność i demokrację w Europie. Nadszedł czas, by uporać się z tym problemem i ich ułaskawić - mówił w zeszłym tygodniu Alan Shatter, minister sprawiedliwości i obrony. Chodzi o prawie 5 tys. żołnierzy irlandzkich sił obronnych, którzy podczas wojny porzucili służbę i zaciągnęli się do brytyjskiej armii czy floty.
Choć na wojnę przeciwko Hitlerowi ruszył co dziesiąty irlandzki żołnierz, władze traktowały to jako dezercję. W chwili jej wybuchu
Irlandia, która niecałe 20 lat wcześniej uzyskała niepodległość (wcześniej była pod brytyjskim panowaniem), ogłosiła neutralność i stan wyjątkowy. A niechęć społeczeństwa do Brytyjczyków była tak powszechna, że
Niemcy, który m.in. współpracowali z terrorystami z IRA, planowali wykorzystać ją przeciwko Londynowi. Tym bardziej że niektórzy irlandzcy politycy chwalili III Rzeszę. Zresztą po samobójstwie Hitlera irlandzki rząd, choć wiedział, jakich zbrodni dopuścili się naziści, złożył Niemcom oficjalne kondolencje.
Irlandczyków, którzy po wojnie wracali z frontów do domu, czekały kapturowe sądy. A także podejmowana przez władze z automatu decyzja o pozbawieniu emerytury i siedmioletnim zakazie
pracy w sektorze publicznym. - Nazywano to wyrokiem śmierci głodowej. Zatwierdzone przez rząd listy dezerterów krążyły po kraju, docierały nawet na stacje kolejowe, by żaden nie mógł znaleźć zatrudnienia. Większość z nich do końca życia utrzymywała się ze słabo płatnej dorywczej pracy. Dochodziło też do sytuacji, że odbierano im
dzieci i umieszczano w sierocińcach. Wychowawcom władze przekazywały informację, że to dzieci dezerterów. Dlatego bito je i molestowano - pisze Robert Widders, weteran drugiej wojny światowej i autor książki o irlandzkich dezerterach "Plując na żołnierski grób". Co gorsza, piętnowano nawet tych, którzy nie przeżyli wojny.
Rodziny prześladowanych, z których większość już nie żyje, od lat zabiegały o ich symboliczną rehabilitację. Dopiero w styczniu wymusił to na rządzie parlament, który jednogłośnie przyjął rezolucję domagającą się rehabilitacji żołnierzy. Minister Shatter powiedział, że rozmawiał już z prokuratorem generalnym i sprawa jest przesądzona.
Ale nie wszyscy podchodzą do tematu z równym entuzjazmem. Redakcje od tygodni zalewane są listami przeciwników rehabilitowania dezerterów. "Poszli na służbę do Brytyjczyków nie dla wzniosłych idei, tylko dlatego, że żołd był lepszy", "złamali przysięgę wojskową, splamili swój honor", "żaden kraj nie tolerowałby takiej anarchii, do której dochodzi, gdy 5 tys. ludzi porzuca służbę" - piszą oburzeni obywatele. Przypominają, że
Wielka Brytania planowała dokonać inwazji na Irlandię. Gdyby ten scenariusz się spełnił, dezerterzy walczyliby ze swoimi rodakami.
Robert Widders przypomina jednak, że irlandzcy żołnierze brali udział w najkrwawszych walkach wojny. - Zasługują na szacunek, a nie na ciągłe wytykanie palcami - mówi pisarz.
Alan Shatter w zeszłym tygodniu jako pierwszy irlandzki polityk przeprosił Żydów za obojętność swojego kraju wobec Holocaustu. - Irlandia była szczelnie zamknięta dla żydowskich rodzin uciekających przed nazistami. W tym kontekście nasza neutralność okazała się moralnym bankructwem - ocenił polityk.