- Raport nie jest dostępny, a przecieki nie są warte komentowania - bagatelizował sprawę rzecznik pakistańskiego
MSZ.
Według prasowych przecieków dokument NATO oparty został na przesłuchaniach ponad 4 tys. pojmanych talibów i członków Al-Kaidy. Według niego wojskowy wywiad ISI jest "potajemnie zaangażowany" w wspieranie afgańskiej partyzantki. Ma m.in. sieć stron internetowych oraz szpiegów, dzięki którym dostarcza talibom strategiczne dane używane przez nich w operacjach przeciwko siłom zachodniej koalicji.
W dodatku ISI wciąż ma nadzór i manipuluje najważniejszymi przywódcami talibów, którzy uciekli z Afganistanu po inwazji
USA na ten kraj w 2001 r. Od dawna tajemnicą poliszynela jest to, że emir talibów mułła Omar i jego pobratymcy przebywają gdzieś w Pakistanie.
Islamabad nie tylko wściekł się za przecieki z raportu NATO, ale od razu podkreślił, że to on prowadzi krwawą wojnę ze swoimi talibami na pograniczu z Afganistanem - ostatniej nocy wojsko zabiło tam ponad 20 ważnych partyzantów. Ci odpowiadają zamachami w niektórych miastach, atakując nie tylko koszary wojska czy posterunki policji, ale też urzędników. Przy okazji ginie wielu cywilów.
Od dawna zachodnie służby wywiadowcze twierdziły jednak, że nie przeszkadza to Pakistanowi - a przynajmniej ISI - nadal wspierać talibów w Afganistanie. Dzieje się tak z kilku powodów. Wychowani w szkołach koranicznych w Pakistanie talibowie jeszcze w latach 90. XX w. byli pod ochroną pakistańskiego wywiadu i władz, które chciały ustanowić w Kabulu przyjazny sobie rząd. Afganistan i Pakistan od dekad są bowiem lokalnymi rywalami, stosunki pomiędzy nimi zawsze były chłodne, do dziś nie mają uregulowanej prawnie granicy.
Islamabad liczy, że po wycofaniu wojsk zachodniej koalicji w 2014 r. uda mu się zainstalować w Afganistanie przyjazny sobie rząd. Dlatego był mocno zirytowany, gdy kilka tygodni temu USA ogłosiły, że talibowie zgodzili się utworzyć w Katarze quasi-ambasadę, dzięki której chcą uczestniczyć w afgańskich rozmowach pokojowych.