Ta gorączkowa mobilizacja ma być odpowiedzią Kremla na zapowiedziany również na sobotę opozycyjny marsz w centrum Moskwy pod hasłem: "Za uczciwe wybory". Według organizatorów weźmie w nim udział co najmniej 50 tys. ludzi. Podobnie jak uczestnicy wielotysięcznych grudniowych wieców na placu Błotnym i Prospekcie Sacharowa, będą protestować przeciw kandydowaniu premiera Putina na prezydenta i sfałszowaniu wyników niedawnych wyborów do Dumy, wygranych rzekomo przez "partię władzy" Jedna
Rosja.
Na stołecznej Pokłonnej Górze, w parku poświęconym pamięci bohaterów wojny, ma się więc zebrać co najmniej 15 tys. zwolenników premiera i byłego prezydenta z lat 2000-08, aby pokazać, że naród rosyjski nie jest przeciw niemu i gorąco go popiera.
W dodatku mogą na tym zarobić. Na stronie internetowej Massovki.ru zamieszczającej propozycje
pracy dla statystów filmowych i teatralnych kilka dni temu pojawiło się zaproszenie do udziału w "mityngu za Putina" - 4 lutego, w godz. 14-18. Tym, którzy są gotowi pomarznąć przez cztery godziny, obiecuje się "kompensację 800 rubli" (ok. 80 zł).
W dodatku - jak napisał we wtorek
dziennik "Kommiersant" - przełożeni nauczycieli i pracowników firm państwowych masowo zmuszają podwładnych do przyjścia na Pokłonną Górę.
- Zgłaszają się do nas nauczyciele z różnych szkół i opowiadają tę samą historię: do ich dyrektora zatelefonowano z administracji dzielnicowej i zażądano, aby zagwarantował obecność na wiecu 10-15 podwładnych - mówi "Gazecie" przewodniczący Międzyregionalnego Związku Zawodowego Pracowników Oświaty Wsiewołod Głuchowicki. - Urzędnicy grozili, że jeśli nauczyciele nie przyjdą,
szkoła będzie miała kłopoty.
W niektórych placówkach tym, którzy zgodzą się przyjść na Pokłonną Górę, dyrektorzy obiecują w zamian dzień wolny.
Polecenia przysłania na "mityng za Putina" określonej przez administrację liczby "głów" dostają też kierownicy miejskich przedsiębiorstw. Pewien pracownik moskiewskiej firmy Gormost zadzwonił do telewizji Dożd i opowiedział, że podwładnym, którzy pojawią się na wiecu, jego szefowie obiecali wypłacić na miejscu zaliczkę za luty.
W internecie pojawiła się niepodpisana instrukcja dla dziennikarzy, jak należy pokazywać i opisywać ów wiec (jak ustalili komputerowi eksperci, przygotował ją wydział prasy administracji obwodu moskiewskiego). Pierwszy z głównych nakazów brzmi: "Pokazać ciepłą atmosferę mityngu - tylko radosne twarze, mamy z dziećmi, emeryci, ludzie w średnim wieku". Dalej poleca się podkreślać to, że "obywatele przyszli na wiec dobrowolnie". Koniecznie trzeba też nagrać wypowiedzi w stylu: "Nie mogłam stać z boku, kiedy decydują się losy naszego kraju".
Dziennikarzom zabroniono choćby słowem wspomnieć o kierowanym przez Putina ugrupowaniu Jedna Rosja, pokazywać jego działaczy czy parlamentarzystów. Ten zakaz ma sens, bo złożona z funkcjonariuszy państwowych "partia władzy" jest bardzo niepopularna i powszechnie nazywa się ją "partią żulików i złodziei".
- U nas manifestacja poparcia dla Putina była już w minioną sobotę. Organizatorzy zapowiadali, że przyjdzie 15 tys. ludzi. Według mnie zjawiło się najwyżej 5-6 tys. - mówi "Gazecie" Leonid Wołkow kierujący uralskim oddziałem organizacji Gołos, która prowadzi obserwację kampanii wyborczej. - Do Jekaterynburga zwozili ich z całego Uralu specjalnymi pociągami. Na zakończenie wystąpiły gwiazdy rosyjskiej estrady grupa Lube i Nadieżda Babkina, piosenkarka, która opowiada, że podnieca ją już sama nazwa Jedna Rosja.
Za udział w tym wiecu obiecano po dwa-trzy dni wolnego. Zwabieni na manifestację ludzie zachowywali się jednak biernie - stali i marzli. A gdy mówcy nawoływali do powtarzania wykrzykiwanych ze sceny haseł, ponuro milczeli.
Wołkow wyjaśnia: - Wśród uczestników na pewno było sporo takich, którzy żywią szczerą sympatię do Putina. Ale ci, którzy popierają premiera, w przeciwieństwie do jego coraz śmielszych przeciwników są na ogół ludźmi biernymi, z własnej inicjatywy nigdy nie przyjdą na wiec, nie będą skandować.