http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Romney wygrywa na Florydzie. Zdecydowanie

Mariusz Zawadzki
2012-01-31, ostatnia aktualizacja 2012-02-01 06:29

Kolejka w lokalu wyborczym w Coral Gables na Florydzie
Kolejka w lokalu wyborczym w Coral Gables na Florydzie
Fot. Wilfredo Lee AP

Zdecydowanym zwycięstwem faworyta, multimilionera Mitta Romneya, zakończyły się prawybory na Florydzie. Rywale się nie poddają i wyzywają go od "umiarkowanych", ale chyba nie odbiorą mu nominacji prezydenckiej - pisze Mariusz Zawadzki z Miami.

Mitt Romney
Fot. Charles Dharapak AP
Mitt Romney
Romney zdobył 46 proc. głosów republikańskich wyborców z Florydy, zaś były przewodniczący Izby Reprezentantów Newt Gingrich - 32 proc. W swoim przemówieniu zwycięzca w ogóle nie wspomniał z nazwiska najważniejszego rywala, obiecywał tylko, że mimo ostrej walki w prawyborach Partia wyjdzie z nich zjednoczona, i - pod jego przewodem - pokona Baracka Obamę jesienią. Najwięcej czasu poświęcił na krytykowanie obecnego prezydenta, który jego zdaniem próbuje narzucić Ameryce "najgorsze europejskie wzorce". Tymczasem "należy odbudować ją wg amerykańskich wzorców, które zapewniły jej wielkość". W zasadzie Romney przemawiał już jakby był namaszczonym przez partię kandydatem na prezydenta. I za takiego jest uważany - w serwisie internetowym intrade.com, gdzie gracze obstawiają wyniki prawyborów, jego szanse na nomniację wyceniane były wczoraj w nocy na 90 proc.

Pokonany Gingrich jeszcze tydzień temu prowadził w sondażach, ale został zmiażdżony negatywnymi reklamami, na które Romeny i jego zwolennicy wydali na Florydzie 15 mln dolarów. Wczoraj zapowiedział, że się nie poddaje. - W najbliższych miesiącach pokażemy, że siła ludzi jest większa niż siła pieniędzy! - mówił. Podkreślał, że Republikanie muszą wybierać między "prawdziwym konserwatystą z Georgii", czyli nim samym, a "umiarkowanym politykiem z Massachussetts", czyli Romneyem. O dziwo "umiarkowanie", które w cywilizacji zachodniej uchodzi za cnotę, wychwalaną m.in. przez Arystotelesa i filozofów chrześcijańskich, w języku Partii Republikańskiej na początku XXI wieku jest ciężką obelgą.

W wyścigu pozostają jeszcze dwaj kandydaci, którzy oddali Florydę walkowerem, tzn. w ogóle nie prowadzili tam kampanii: były senator Rick Santorum (wczoraj 13 proc.) i kongresmen Ron Paul (7 proc.).

Republikanie przeprowadzili prawybory już w czterech stanach. Romney wygrał dwa, a Santorum i Gingrich - po jednym. Na pierwszy rzut oka przewaga faworyta nie jest zatem tak wielka, ale jeśli porównać stan finansów jego i rywali - ogromna. Romney ma na koncie 20 mln dolarów, a dotacje wpływają do jego obozu w tempie kilkanaście milionów dolarów na miesiąc. Gingrich ma dziesięć razy mniej gotówki i dodatkowo długi. W siedzibie sztabu Gingricha wisiały wczoraj plakaty z hasłem "Jeszcze zostało 46 stanów!", ale nawet to nie jest prawdą. Przynajmniej w przypadku Gingricha, który nie dostarczył dość podpisów w Wirginii, kluczowym stanie w którym zresztą sam mieszka, i nie został tam zarejestrowany jako kandydat. Tą kompromitującą wpadkę komentatorzy uznawali jako dowód, że nie ma szans rywalizować ze świetnie zorganizowanym Romneyem.

Pieniądze płyną do ...

W nocy z wtorku na środę miały się rozstrzygnąć dwie zagadki: łatwa i trudna. Kto wygra prawybory na Florydzie - to akurat było do przewidzenia, bo multimilioner Mitt Romney miał we wszystkich sondażach dużą przewagę (10-20 proc.) nad Newtem Gingrichem, byłym przewodniczącym Izby Reprezentantów. Znacznie ciekawsze wydawało się pytanie, kto finansuje kampanie kandydatów, a popierające ich komitety wyborcze miały obowiązek najpóźniej wczoraj złożyć zeznania finansowe.

Amerykańskie prawo zakazuje kandydatom przyjmowania większych dotacji niż 2,5 tys. od osoby. Ale popierające ich tzw. niezależne komitety mogą przyjmować dowolne dotacje od każdego, pod warunkiem że "nie koordynują swoich działań z kandydatem". W praktyce przepis jest kpiną, ponieważ popierający Romneya komitet Restore Our Future (Odbudujmy Naszą Przyszłość) utworzyli jego przyjaciele i współpracownicy. Popierający Gingricha komitet Winning Our Future (Wygrywając Naszą Przyszłość) jest oczywiście kierowany przez jego przyjaciół.

Dzięki istnieniu "niezależnych komitetów" dwaj słynni amerykańscy komicy Jon Steward i Stephen Colbert mają w ostatnich miesiącach znacznie ułatwioną pracę, ponieważ żartują z nich niemal codziennie. Reklamy komitetów są najczęściej znacznie bardziej agresywne niż reklamy kupowane przez kandydatów "osobiście". I często przekraczają granice absurdu. Np. Winning Our Future wytyka Romneyowi, że mówi po francusku, co ma dowodzić, że jest reprezentantem elit oderwanych od rzeczywistości. Kiedy Romney i Gingrich są proszeni o odcięcie się od tak idiotycznych spotów, wyjaśniają, że nie mogą, bo nie wolno im koordynować działań z komitetami.

Do wczoraj ujawniono, że Winning Our Future dostał dwa czeki po 5 mln dolarów od Sheldona Adelsona, właściciela kasyn z Las Vegas i miliardera, który bardzo lubi Gingricha. Pierwszy z tych czeków poprowadził go do sensacyjnego zwycięstwa w prawyborach w Karolinie Południowej, drugi dał mu cień nadziei na Florydzie.

O źródłach finansowania Restore Our Future wiadomo znacznie mniej; prócz tego, że dostał milion dolarów od Edwarda Conrada, przyjaciela Romneya z firmy Bain Capital, w której obydwaj dorobili się wielkich majątków.

W prawyborach w pierwszych trzech stanach (Iowa, New Hampshire i Karolina Południowa) pieniądze były mniej ważne, bo jeśli idzie o liczbę ludności, stany są niewielkie. Tam dało się powalczyć "normalnie". Udowodnił to były senator Rick Santorum, który o włos wygrał w Iowa z Romneyem, choć prawie w ogóle nie ma pieniędzy, a jedynie pracowicie dzień w dzień jeździł od miasteczka do miasteczka.

Ale 20-milionowa Floryda to zupełnie inna skala - żeby tu zwyciężyć, trzeba głęboko sięgnąć do kieszeni. Tegoroczne prawybory to potwierdzają. Jeszcze tydzień temu Romney był w tyle o kilka procent za Gingrichem, ale antyreklamy (plus dobre występy w debatach) przekręciły koło fortuny. Romney i jego komitet wyłożyli na telewizyjne i radiowe spoty na Florydzie 15 mln dolarów, prawie pięć razy więcej niż Gingrich i jego komitet.

Jednak Telewizja Fox News już lamentuje, że jesienią kandydat prawicy będzie musiał się zmierzyć z "morderczą miliardową machiną propagandową Obamy" (prezydent zamierza zebrać na kampanię miliard dolarów i niewykluczone, że mu się uda, bo jest w tym dobry).

Czy zatem urząd prezydenta USA kupuje się wyłącznie za pieniądze? Na szczęście nie, o czym przekonuje przykład gubernatora Teksasu Ricka Perry'ego, który miał niemal tyle pieniędzy co Romney, ale fatalnie się zaprezentował w debatach i już wypadł z wyścigu. Martwej kobyły nie ożywią nawet dziesiątki milionów dolarów.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':