http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Foki w kampanii Obamy

Mariusz Zawadzki, Waszyngton
2012-01-27, ostatnia aktualizacja 2012-01-26 21:38

Komandosi z jednostki Seal nazywani popularnie Fokami odbili w Somalii zakładników i teraz, chcąc nie chcąc, wystąpią w kampanii wyborczej Baracka Obamy. Prezydent może się chwalić, że chirurgiczne operacje sił specjalnych, na które postawił, są lepsze niż wojny

Ćwiczenia komandosów z jednostki Seal
Fot. US NAVY AFP
Ćwiczenia komandosów z jednostki Seal
"Dobra robota dziś wieczorem, Leon!" - tak prezydent Obama zwrócił się do sekretarza obrony Leona Panetty, kiedy we wtorek wieczorem przeciskał się między ławami kongresmanów na mównicę, żeby wygłosić doroczne orędzie o stanie państwa. Wtedy jeszcze prawie nikt nie wiedział, o co chodzi - sukces akcji komandosów w Somalii został ogłoszony dopiero później.

Do Obamy wiadomość o "dobrej robocie" dotarła dwie godziny przed orędziem. Ale o samej operacji wiedział od poprzedniego dnia, bo osobiście, tak jak w przypadku rajdu na kryjówkę Osamy ben Ladena w Pakistanie, wydał rozkaz jej przeprowadzenia.

Kilka minut po zejściu z mównicy prezydent zadzwonił do Johna Buchanana, ojca zakładniczki uwolnionej przez komandosów, żeby poinformować go, że córka jest cała i zdrowa a jej dziewięciu porywaczy nie żyje.

W orędziu Obama nie wspomniał o operacji w Somalii, ale niechybnie wróci do niej w kampanii wyborczej. Dużo mówił za to o słynnej operacji w Pakistanie, którą w maju zeszłego roku przeprowadziła ta sama elitarna Drużyna Szósta jednostki Seal. Prezydent postawił ją jako wzór dla wszystkich Amerykanów, a szczególnie polityków: żeby dopaść Osamę, komandosi musieli działać razem, w jednej drużynie, mając do siebie bezgraniczne zaufanie. Tak samo zjednoczeni muszą być Demokraci i Republikanie, żeby wyciągnąć Amerykę z kryzysu.

Kiedy we wtorek po południu Obama szykował się w Białym Domu do orędzia, w somalijskim mieście Galkayo, odległym o 12 tys. km od Waszyngtonu, zapadła noc. Była inna niż zwykle, bo mieszkańcy wioski pod miastem usłyszeli, co zdarza im się niezwykle rzadko, warkot helikopterów. Galkayo leży na granicy terenów opanowanych przez piratów, do których nie docierają maszyny wojskowe ani żołnierze rządu z Mogadiszu. Bandyci, którzy na okupach dorobili się milionów, są lepiej uzbrojeni niż rządowa armia czy religijne milicje, które z nią rywalizują.

Od października zeszłego roku bandyci przetrzymywali w okolicy Galkayo dwójkę zakładników: Amerykankę Jessicę Buchanan, działaczkę humanitarną, i jej kolegę z pracy Duńczyka Poula Hagena Thisteda. Oboje zostali uprowadzeni przez uzbrojonych po zęby napastników, kiedy wracali z seminarium poświęconemu minom przeciwpiechotnym na lotnisko. Ich organizacja - Danish Refugee Council (Duńska Rada ds. Uchodźców) - jest jedną z ostatnich, która pomaga ludziom z niebezpiecznego rejonu Galkayo.

Przez wiele miesięcy starszyzna z Galkayo pośredniczyła w negocjacjach z porywaczami. Ostatnio odrzucili oni ofertę 1,5 mln okupu, ponieważ piraci, którzy u wybrzeży Somalii bezkarnie uprowadzali nawet ogromne tankowce z ropą, przyzwyczaili się do kilka razy większych sum za Amerykanów czy Europejczyków. Zachłanność doprowadziła ich do zguby.

Kilkunastu komandosów z Seal spadło z nieba na spadochronach kilka kilometrów od kryjówki bandytów. Pod osłoną nocy niepostrzeżenie doszli do celu i wykorzystali element zaskoczenia - wszyscy strażnicy zakładników zginęli, nikt z komandosów nie został nawet draśnięty. Również uwolniona dwójka wyszła z opresji bez szwanku. Potem przyleciały helikoptery i zabrały wszystkich w bezpieczne miejsce, zapewne na amerykański okręt u wybrzeży Afryki. Bandyci z okolicy, którzy twierdzą, że widzieli atak na własne oczy, opowiadali dziennikarzom przez telefon, że komandosi używali sieci pułapek jak sideł na zwierzęta i ręcznych wyrzutni rakiet.

Amerykanie zdecydowali się na atak, ponieważ wywiad miał informacje, że stan zdrowia 32-letniej Jessiki się pogarsza. Bali się też, że zakładnicy zostaną przeniesieni w inne miejsce. Obama osobiście uczestniczył w naradach i w poniedziałek dał zielone światło komandosom. - Stany Zjednoczone nie będą tolerować porywania swoich obywateli. Jako naczelny dowódca jestem dumny z żołnierzy, którzy wykonali misję - mówił w środę.

Jessica Buchanan pracowała w Afryce od pięciu lat, najpierw jako nauczycielka w Kenii. - Była zakochana w Afryce i kiedy o niej opowiadała, miała łzy w oczach - opowiadał wielebny Don Meyer, dziekan Valley Forge University, chrześcijańskiego koledżu w stanie Pensylwania, który Jessica skończyła w 2007 r. Żeby sfinansować podróż do Somalii, gdzie została misjonarką i działaczką humanitarną, sprzedała wszystko, co miała.

Dla komandosów z Seal sukces w Somalii jest szczególnie słodki z dwóch powodów. Po pierwsze, w 1993 r. ponieśli klęskę i ciężkie straty - kilkunastu zabitych i kilkudziesięciu rannych - w osławionej "bitwie w Mogadiszu", gdzie stoczyli uliczną bitwę z lokalnymi milicjami. Po drugie, drużyna Szósta, słynna na całym świecie po zabiciu Osamy, poniosła w sierpniu ciężkie straty w Afganistanie. Talibowie zestrzelili helikopter, którym prawie 30 komandosów leciało na tajną operację. Wszyscy zginęli.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 1
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':