http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Podatkowe orędzie Baracka Obamy

Mariusz Zawadzki, Waszyngton
2012-01-25, ostatnia aktualizacja 2012-01-25 21:27

Prezydent Barack Obama wygłasza orędzie o stanie państwa
Prezydent Barack Obama wygłasza orędzie o stanie państwa
Fot. Saul Loeb AP

Równe szanse dla wszystkich obiecał Amerykanom prezydent Barack Obama, wygłaszając orędzie o stanie państwa. Chce podnieść podatki milionerom, ale w tym Kongresie jest to nierealne.

Prezydent Barack Obama przed wygłoszeniem orędzia
Fot. Saul Loeb AP
Prezydent Barack Obama przed wygłoszeniem orędzia
Prezydent Barack Obama wygłasza orędzie o stanie państwa
Fot. POOL REUTERS
Prezydent Barack Obama wygłasza orędzie o stanie państwa
W Ameryce oczekuje się powszechnie, że głównym tematem kampanii wyborczej Obamy będą nierówności społeczne, które w ostatnich trzech dziesięcioleciach znacznie się pogłębiły. Od jesieni zeszłego roku protestują przeciwko nim demonstranci z ruchu Occupy Wall Street, którzy chyba byli zadowoleni z wtorkowego orędzia prezydenta.

Obama wezwał kongresmenów, żeby zmienili prawo zgodnie z tzw. regułą Buffetta: każdy Amerykanin zarabiający ponad milion dolarów rocznie zapłaci przynajmniej 30 proc. podatku i żadne ulgi czy kruczki go poniżej tego progu nie sprowadzą.

Pomysłodawcą reguły jest Warren Buffett, drugi najbogatszy Amerykanin z majątkiem 39 mld dol., który w zeszłym roku dziwił się publicznie, że płaci podatki według niższych stawek niż jego sekretarka.

Obama zaprosił do Kongresu wspomnianą sekretarkę panią Debbie Bosanek, która przyszła, choć dotąd starannie unikała publicznych wystąpień. We wtorek siedziała obok żony prezydenta Michelle.

Jednak plany podwyższenia podatków milionerom nie mają najmniejszych szans, przynajmniej przed wyborami, bo w Izbie Reprezentantów mają większość Republikanie, którzy się temu opierają. Dobrze jednak rymowały się z ujawnionym kilkanaście godzin wcześniej zeznaniem podatkowym Mitta Romneya, prawdopodobnego rywala Obamy w jesiennych wyborach. Romney, który przez ostatnie dwa lata zarobił prawie 43 mln dol., zapłacił zaledwie 14 proc. podatku, choć nominalna stawka dla najbogatszych wynosi 35 proc. Jego zeznanie, w którym wyszczególnione są ulgi wykorzystane przez ostatnie dwa lata, liczy 550 stron.

W tym sensie Romney był cichym - i negatywnym - bohaterem orędzia, choć jego nazwisko ani razu nie padło.

- Możecie sobie nazywać to "wojną klas" - mówił Obama, zwracając się do Republikanów i do nieobecnego na sali Romneya. - Ale jeśli idzie o postulat, żeby milionerzy płacili tyle, ile ich sekretarki, to większość Amerykanów nazywa to zdrowym rozsądkiem. Musimy wybierać: albo na zawsze staniemy się krajem, w którym coraz mniejszej liczbie ludzi żyje się naprawdę dobrze, a coraz większa część społeczeństwa ledwo wiąże koniec z końcem, albo odbudujemy system, gdzie wszyscy mają równe szanse. Gdzie każdy dokłada się do ogólnej pomyślności, a wszystkich obowiązują te same reguły.

Obama obiecał, że nie zamierza podnosić podatków rodzinom zarabiającym mniej niż 250 tys. dol. rocznie - to one najbardziej odczuwają trwający od kilku lat kryzys. Wezwał też Kongres do zniesienia ulg podatkowych dla firm, które likwidują miejsca pracy w USA i otwierają fabryki za granicą. W tej grupie jest np. Apple, producent Iphone'ów składanych w Shenzen w Chinach. "New York Times" pisał niedawno, że w tej kwestii Obama spierał się ze Steve'em Jobsem, zmarłym w zeszłym roku na raka założycielem Apple'a. Jobs miał odpowiedzieć bez ogródek: - Te miejsca pracy już do Ameryki nie wrócą.

W fabryce w Shenzen chińscy robotnicy pracują po 12 godzin przez sześć dni w tygodniu, jedzą w fabrycznej stołówce i zarabiają 17 dol. dziennie. Podpisują też zobowiązania, że nie popełnią samobójstwa. Minimalna stawka godzinna w USA to obecnie 7 dol. i 25 centów, a zresztą Amerykanie nie zgodziliby się pracować w takim reżimie nawet za dużo większe pieniądze.

Większą część przemówienia Obama poświęcił propagandzie sukcesu - przekonywaniu, że amerykańskie fabryki mogą konkurować z chińskimi i że kryzys się kończy. - Nasi pracownicy są najwydajniejsi na świecie i dajmy im tylko szansę, a produkcja wróci do nas! - mówił, zaklinając rzeczywistość. Słowa te wywołały burzę oklasków, które przerywały 65-minutowe orędzie ponad 80 razy.

Przypomniał, jak dzięki rządowym dotacjom uratowany został amerykański przemysł samochodowy. - Minęły trzy lata i General Motors jest znowu największym producentem samochodów na świecie, a wszyscy producenci aut stworzyli 160 tys. nowych miejsc pracy! - mówił Obama. Nie dodał, że od wybuchu kryzysu producenci aut zwolnili 200 tys. pracowników, ciągle zatem nie zatrudniają tylu, ilu wcześniej.

Prezydent wyliczał swoje sukcesy i plany ożywiania gospodarki, choć chyba wszyscy słuchacze wiedzieli, że nie ma szans ich zrealizować. Gdyby dziś przeczytać jego orędzie z 2011 roku, okazałoby się, że prawie nic z zeszłorocznych planów nie udało się zrealizować - czy to ze względu na kryzys, czy na opór Republikanów. Trudno się spodziewać, żeby w roku wyborów było inaczej.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1
  • 19 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':