Do niespotykanej na taką skalę orgii przemocy doszło w piątek. Bomby wybuchały pod komisariatami policji, biurami paszportowymi i imigracyjnymi. Ładunki wybuchowe rzucali młodzi ludzie na motocyklach; w jednym przypadku doszło do zamachu samobójczego - napastnik rozbił
samochód bombę o ścianę posterunku policji.
Większość ofiar to cywile. Rząd wprowadził w 10-milionowym mieście godzinę policyjną.
Do przeprowadzenia zamachów przyznała się bojówka islamskich radykałów Boko Haram. Ugrupowanie to w ubiegłym roku zabiło w Nigerii ponad 500 osób.
Jego wrogiem numer jeden jest
policja, na drugim miejscu są chrześcijanie, stanowiący połowę ludności Nigerii. W Boże Narodzenie Boko Haram detonowała bomby w kościołach katolickich, zabijając kilkadziesiąt osób.
W ostatnią niedzielę w stanie Bauchi wysadzono w powietrze kolejne dwa kościoły, dziewięciu chrześcijan znaleziono martwych. Liderzy atakowanej społeczności odgrażają się, że skoro rząd nie potrafi zapewnić im bezpieczeństwa, będą bronić się sami.
Boko Haram, której nazwa oznacza "zachodnia edukacja jest grzeszna", powstała w 2002 r. Początkowo walczyła o wprowadzenie prawa islamskiego we wszystkich 36 stanach Nigerii; dziś szariat obowiązuje w północnych, gdzie większość mają muzułmanie.
Przemoc rozprzestrzenia się na niemal cały kraj. Jak stwierdził niedawno prezydent Goodluck Johnatan (chrześcijanin), sytuacja jest "gorsza niż wojna domowa".
Poparcie dla nigeryjskich terrorystów ma korzenie w biedzie i poczuciu wykluczenia. Muzułmanie uważają, że nie mają należnego udziału w zyskach z ropy wydobywanej na chrześcijańskim południu.
Nie jest jasne, jaki cel obecnie mają terroryści - wydaje się, że chodzi o pogrążenie kraju w chaosie i doprowadzenie do upadku rządu, by władza trafiła w ręce islamskich radykałów. Od ubiegłorocznego samobójczego ataku na biuro ONZ w Abudży podejrzewa się, że Boko Haram udzielają wsparcia regionalne odłamy Al-Kaidy.