http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Niepodległa Szkocja. Skórka niewarta wyprawki?

Jacek Pawlicki
2012-01-17, ostatnia aktualizacja 2012-01-16 20:57

Szkoccy nacjonaliści prą do niepodległości. Eksperci ostrzegają, że Szkocji na nią po prostu nie stać. Dlatego też Londyn liczy po cichu na to, że o swej przyszłości Szkoci będą myśleć nie sercem, lecz portfelem

Szkocka flaga na jednym z budynków w Edynburgu
Fot. SCOTT HEPPELL AP
Szkocka flaga na jednym z budynków w Edynburgu
SERWISY
W politycznej sadze pod tytułem "Szkocka droga do niepodległości" kolejny przełom. Brytyjski premier David Cameron ogłosił właśnie, że spotka się w najbliższych dniach z przywódcą Szkockiej Partii Narodowej (SNP) Alexem Salmondem, by rozmawiać o szkockim referendum niepodległościowym. - To prawdziwy postęp - skomentowała deklarację brytyjskiego premiera zastępczyni Salmonda Nicola Sturgeon. Radości nie kryje sam Salmond, który stoi na czele autonomicznego rządu w Edynburgu. W ostatnich miesiącach Cameron odrzucił aż sześć wystosowanych przez Szkotów zaproszeń na rozmowy w sprawie niepodległości.

Zgoda Camerona na spotkanie z Salmondem to malutkie zwycięstwo szkockich nacjonalistów w wojnie słów między Londynem a Edynburgiem. Konflikt rozpętał tydzień temu sam szef rządu brytyjskiego, ogłaszając, że zgodzi się na referendum w Szkocji, pod warunkiem że odbędzie się ono w ciągu najbliższych 18 miesięcy. Konserwatywny premier, do tej pory gorący przeciwnik referendum, próbował tym samym przejąć inicjatywę w kwestii szkockiej niepodległości - kluczowej dla przyszłości Zjednoczonego Królestwa, którego Szkocja i Anglia są najważniejszymi częściami.

Po tygodniu gorącej politycznej debaty, w której groźba secesji Szkocji zjednoczyła na moment konserwatystów z będącą w opozycji Partią Pracy, politycy w Londynie postanowili wyciszyć awanturę. Rządzący w Szkocji nacjonaliści nie przestraszyli się bowiem politycznej ofensywy Camerona i pozostali przy swoim zdaniu co do terminu referendum. Kilka dni temu Salmond potwierdził to, o czym dotąd tylko przebąkiwał - że szkockie referendum odbędzie się nie w 2013 r. (jak chciałby Londyn), ale w 2014.

Późniejsze referendum pozwoli SNP lepiej przygotować kampanię. Szkoci liczą też, że do 2014 r. poprawi się w Europie sytuacja gospodarcza i społeczeństwu będzie łatwiej decydować się na zerwanie unii z Anglią, którą uważają wprawdzie za małżeństwo z przymusu, ale na której finansowo korzystają.

Są też inne historyczno-psychologiczne powody, dla których SNP wolałoby głosowanie za dwa i pół roku. Latem 2014 r. w Szkocji odbędą się dwa wielkie wydarzenia sportowe: Igrzyska Wspólnoty Brytyjskiej, w których startuje reprezentacja Szkocji, i golfowy puchar Rydera, w którym rywalizują drużyny Europy i USA. SNP liczy na to, że oba jeszcze bardziej rozbudzą w Szkotach patriotycznego ducha, co przełoży się na wynik referendum. W czerwcu 2014 r. przypada też 700. rocznica bitwy pod Bannockburn, o której uczą się w szkołach wszystkie szkockie dzieci (tak jak polskie o bitwie pod Grunwaldem). W czerwcu 1314 r. Szkocja pod dowództwem króla Roberta I pokonała znacznie liczniejsze oddziały angielskiego króla Edwarda II, otwierając drogę do niepodległości.

Zwolennicy pozostania Szkocji w Zjednoczonym Królestwie liczą jednak, że pragmatyczni Szkoci myśleć będą nie sercem, lecz portfelem. Tym bardziej że za niepodległością opowiada się obecnie nieco ponad jedna trzecia obywateli. Wszystko wskazuje zaś na to, że przynajmniej na krótką metę niepodległość małej, bo liczącej 5,2 mln ludzi Szkocji po prostu się nie kalkuluje. Np. wydatki publiczne na głowę mieszkańca w Szkocji są dziś o 1367 funtów wyższe niż średnia w Zjednoczonym Królestwie, a Szkoci dostają ze wspólnej kasy średnio o 11 mld funtów rocznie więcej, niż do niej wpłacają.

Ta różnica bierze się stąd, że Zjednoczone Królestwo eksploatuje od lat 80. zasoby ropy i gazu znajdujące się u wybrzeży Szkocji. Niepodległa Szkocja zapewne by je przejęła - co oznacza wpływy rzędu 6 mld funtów rocznie. Problem w tym, że zgodnie z rządowymi szacunkami rezerwy ropy i gazu na szkockich złożach wyczerpią się za kilkanaście lat, więc Szkocja nie będzie drugim Kuwejtem.

Gdyby nie pozostawała w związku z Anglią, mogłaby za to być drugą Islandią, którą kryzys bankowy 2008 r. postawił na krawędzi bankructwa. Konserwatywny "Daily Telegraph" przypomina, że niepodległej Szkocji nie stać byłoby np. na pomoc ratunkową dla dwóch największych szkockich banków RBS i HBOS, które o mało nie zbankrutowały w czasie kryzysu. Rząd brytyjski wpompował w nie wówczas 70 mld funtów, czyli mniej więcej połowę wartości szkockiej gospodarki (w 2009 r. szkockie PKB szacowano na 140 mld funtów), stając się praktycznie głównym udziałowcem RBS.

Dlatego coraz bardziej prawdopodobnym rozwiązaniem staje się zgoda Londynu na pogłębienie niezależności Edynburga w sprawach finansowych. Autonomią Szkoci cieszą się od końca lat 90.: mają swój parlament, a szkocka Egzekutywa (czyli niby-rząd) odpowiada za część spraw, m.in. rolnictwo, służbę zdrowia, wymiar sprawiedliwości i niektóre kwestie gospodarcze. Reszta - z polityką zagraniczną i obronną na czele - pozostaje w gestii Londynu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Sparaliżowany dzięki chipowi poruszał sztuczną ręką za pomocą myśli

Po raz pierwszy w historii całkowicie sparaliżowane osoby były w stanie - tylko za pomocą myśli - poruszyć sztucznym ramieniem

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W czwartek z ''Gazetą'':