Licząca ponad metr wysokości rzeźba Dwie Formy zmarłej w 1975 roku Barbary Hepworth, pionierki brytyjskiej awangardy, stała w londyńskim parku Dulwich od 1970 roku. Niestety po ubezpieczonej na pół miliona funtów
pracy artystki został już tylko postument. Scotland Yard podejrzewa, że rzeźbę ukradł gang złomiarzy w nocy z 20 na 21 grudnia. Podejrzewa, bo w parku nie ma kamer bezpieczeństwa, które zarejestrowałyby sam moment kradzieży.
Złodzieje najpewniej pocięli rzeźbę na kawałki, by zmieścić ją do furgonetki. Jeśli sprzedali przetopiony brąz gdzieś w jednym w 800 działających w Anglii nielegalnych punktów skupu złomu, nie dostali zań więcej niż 750 funtów. Krytycy sztuki są przerażeni: - To było ważne dzieło z późnego okresu twórczości artystki - tłumaczył "Daily Maili" Simon Wallis, szef galerii Hepworth Wakefield specjalizującej się w twórczości awangardowej rzeźbiarki. Eksperci obawiają się, że bezcenna z punktu widzenia historii brytyjskiej sztuki
praca jest raczej nie do odzyskania.
Zuchwała kradzież rzeźby Hepworth oburzyła Wielką Brytanię. Stała się też symboliczną kroplą, która przelała czarę goryczy. W 2005 roku w hrabstwie Hertfordshire skradziono już wprawdzie inne cenne dzieło sztuki - ważący dwie tony pomnik autorstwa Henry'ego Moore'a Reclining Figure, ale wówczas statystyki nie były jeszcze tak przerażające.
Według konserwatywnego "Daily Telegraph" w 2011 roku kradzież metali kolorowych przybrała rozmiary epidemii. Ponieważ brytyjska
policja nie prowadzi centralnej ewidencji tego typu przestępstw,
dziennik sam zebrał dane z całej Anglii. Wyliczył, że do listopada 2011 roku miało tam miejsce aż 60 tys. różnego rodzaju kradzieży metali - statystycznie tysiąc tygodniowo! Dla porównania w 2010 roku odnotowano 23 tys. przypadków takich przestępstw, a w 2007 - 15 tys.
Miesiąc temu burmistrz brytyjskiej stolicy Boris Johnson wezwał resort spraw wewnętrznych, by jak najszybciej zaostrzył przepisy dotyczące handlu złomem. Z powodu ponad kilkuset kradzieży elementów trakcji kolejowej w Londynie rocznie raz po raz dochodzi do lokalnych zatorów komunikacyjnych. Zagrożone jest też bezpieczeństwo milionów pasażerów jeżdżących codziennie do pracy w londyńskiej aglomeracji.
Dla Brytyjskiej Policji Transportowej walka z gangami złomiarzy stała się wyzwaniem numer dwa po terroryzmie. Scotland Yard powołał specjalną grupę zadaniową do walki z tym zjawiskiem. Jak pisze "Daily Telegraph", brytyjski Home Office pracuje już nad zmianą prawa. Resort spraw wewnętrznych chce uniemożliwić transakcje gotówkowe w punktach skupu. I co ważniejsze, zmusić ich właścicieli do rejestrowania tożsamości i adresów osób dostarczających metale, tak aby w razie podejrzenia o kradzież policja mogła ich łatwo namierzyć.
Jak tłumaczy Darren Williams, nadinspektor Scotland Yardu specjalizujący się w walce z przestępczym złomiarstwem, złodziei metali zachęca zapewniające anonimowość dziurawe prawo i łatwość bezpiecznego spieniężenia łupu. Brytyjskiemu wymiarowi sprawiedliwości brakuje praktycznie środków do odstraszania potencjalnych złodziei. W odróżnieniu od zwykłych włamań, za które idzie się zazwyczaj za kratki, złodzieje metalu dostają zwykle kary w zawieszeniu.
Największą ofiarą złodziei metali stały się parafie i kościoły, głównie anglikańskie, ale i katolickie. W ciągu ostatnich trzech lat liczba kradzieży zabytkowych tablic, figur, okuć czy elementów kościelnych dachów podwoiła się - w 2011 roku było ich aż 2,5 tys. Tylko nielicznych sprawców udało się ująć. Tak było z parą Paulem Kellym i Laną Clitheroe, którzy w październiku 2011 roku ukradli po pijanemu pamiątkową tablicę z brązu spod kościoła pod wezwaniem Świętej Marii Dziewicy w londyńskim Lewisham.
Złodziei zarejestrowały kamery przemysłowe. Po schwytaniu przez policję przyznali, że tablicę z nazwiskami 82 miejscowych bohaterów z czasów I wojny światowej sprzedali za 15 funtów na złomowisku.
- Miniony rok był dla nas bardzo ciężki. Kradzieże metali z kościołów przybrały wręcz rozmiar epidemii. Jeśli widać jakieś światełko w tunelu, to jest nim tylko rosnąca świadomość społeczna problemu i rosnące poczucie oburzenia - mówi "Guardianowi" John Coates z ubezpieczającej kościoły organizacji Ecclesiastical.