Stary rok kończył się największym kryzysem w historii Unii i samoizolacją jej członka, Wielkiej Brytanii, która nie zgodziła się na zmiany w unijnych traktatach, by wzmocnić dyscyplinę budżetową.
W listopadzie, po raz pierwszy w historii Unii, politycy i eksperci zaczęli otwarcie mówić o wyjściu ze strefy euro, a tym samym z Unii, kraju członkowskiego. Chodziło o Grecję, na której ratowanie poszły miliardy i prawie cała energia Unii. Nie licząc może użerania się z Włochami, gdzie w końcu nastąpił happy end polegający na odejściu Silvio Berlusconiego i objęciu fotela premiera przez eksperta Mario Montiego.
U południowych sąsiadów Unii przewaliły się arabskie rewolucje, które powaliły reżimy i dyktatorów, ale na razie nie przyniosły Egiptowi czy Libii dużo więcej demokracji. Choć wbrew obawom Unii nie zalała fala uchodźców, problem ten jest wciąż otwarty. Europa ma niewiele do zaoferowania wschodzącym demokracjom w Libii, Egipcie czy Tunezji.
Podobnie otwarta jest sprawa umowy stowarzyszającej Ukrainę z Unią - w grudniu nie została ona podpisana na szczycie Unia -
Ukraina w Kijowie z powodu uwięzienia byłej premier Julii Tymoszenko.
Unia nie ma też żadnego wpływu na reżim Łukaszenki, który raz po raz skazuje opozycjonistów.
W obu kwestiach Unia, a tym samym
Polska, której najbardziej zależy na zbliżeniu ze Wschodem, poniosła porażkę. Co gorsza, Europa nie ma pomysłów na to, jak wybrnąć z pata. A
Rosja dążąca do odbudowania swego imperium nie zasypia gruszek w popiele.
Większe Schengen i mniejsza unia Wiosną dojdzie być może do rozszerzenia strefy Schengen. Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia Holandia wycofała weto w sprawie przyjęcia do Schengen Bułgarii i Rumunii. Kraje te wejdą do strefy o ile dwa kolejne raporty Komisji Europejskiej o stanie ich sądownictwa i reformach w dziedzinie spraw wewnętrznych będą pozytywne. Sofia i Bukareszt, które weszły do UE w 2007 r., muszą się więc bardzo postarać.
Wokół strefy euro tworzy się nowa, mniejsza unia fiskalna i choć politycy zaklinają się, że Europie nie grozi rozpad, wszystko może się zdarzyć.
Pierwsze miesiące nowego roku upłyną pod znakiem szukania pieniędzy do Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej i negocjacji nowej umowy międzyrządowej. W tzw. grupie roboczej negocjującej zapisy paktu fiskalnego zasiadają zarówno przedstawiciele Polski (która, choć jest poza euro, chce w nim uczestniczyć), jak i Wielkiej Brytanii (która umowę tę zbojkotowała). Optymistyczne jest to, że wszyscy siedzą przy stole.
Dobre wiadomości płyną też z Chorwacji, gdzie najpewniej 22 stycznia odbędzie się referendum w sprawie członkostwa tego kraju w Unii. Mimo ogólnego przygnębienia sytuacją gospodarczą i tego, że to najgorszy czas na wchodzenie do Unii, większość Chorwatów powie tak i Chorwacja jako 28. kraj wejdzie do Unii w lipcu 2013 roku. Unia zyska nowego członka z Bałkanów (gdzie wciąż straszy Europę geopolityczna czarna dziura), a Polska sojusznika w wielu sprawach - od wspierania polityki dalszego rozszerzania Unii po obronę kluczowych dla rozwoju biedniejszych krajów Unii funduszy spójności.
Ile teraz dostaniemy? Bój o fundusze spójności przyjdzie nam stoczyć w czasie negocjacji budżetowych, które po sparingu, jaki miał miejsce podczas polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej, teraz zaczną się naprawdę. Niewykluczone, że płatnicy netto, czyli
Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Szwecja, Finlandia, Holandia i być może jeszcze inne kraje, już na początku 2012 roku zażądają znacznego obcięcia propozycji Komisji Europejskiej z czerwca 2011 roku. Wówczas Donald Tusk kreujący się dotąd na altruistycznego obrońcę europejskiej jedności będzie musiał pokazać pazury.
Jeśli Polska nie zmontuje koalicji biednych (będziemy ją konsekwentnie nazywać koalicją obrońców polityki spójności), proces doganiania unijnej średniej potrwa dłużej i stracimy szansę na dogonienie Europy w siedem lat.
W UE obowiązują bowiem siedmioletnie okresy budżetowe - by unijne instytucje i państwa członkowskie mogły lepiej planować wydatki. Obecny budżet wynoszący 925 mld euro kończy się w 2013 roku.
Ogłoszona pod koniec czerwca w Brukseli propozycja Komisji na lata 2014-20 opiewa na 972,2 mld. Komisja zaproponowała, by największą pozycją była polityka spójności służąca wyrównywaniu różnic między bogatymi i biednymi krajami. Bruksela chce przeznaczyć na nią 376 mld euro, z czego najwięcej, bo aż 70-80 mld mogłaby otrzymać Polska. Na politykę rolną miałoby pójść 371,7 mld euro (z czego 281 mln na dopłaty bezpośrednie, których poziom ma być wyrównywany).
Pocieszające jest to, że negocjacje budżetowe będą w rękach przewodzących Unii od stycznia Duńczyków. To już siódma prezydencja Danii - za poprzedniej, w grudniu 2002 roku, Duńczycy sfinalizowali negocjacje rozszerzeniowe z 10 krajami, w tym z Polską. Nie brak im ani dobrej woli, ani doświadczenia, a jako Skandynawowie słyną z pragmatycznego podejścia do polityki.
Niestety duński pragmatyzm może się zderzyć z francuskim podejściem do negocjacji budżetowych - w kwietniu i maju Nicolas Sarkozy stara się o reelekcję i zrobi wszystko, by przekonać coraz bardziej eurosceptycznych rodaków, że twardo walczy o francuskie interesy w UE.
Aby odebrać głosy zwalczającej Unię i euro Marine Le Pen z Frontu Narodowego, Sarkozy będzie pewnie nieprzejednany w czasie negocjacji budżetowych. Dlatego już teraz to właśnie Francja, a nie - jakby się wydawało - Wielka Brytania czy Niemcy, najgłośniej krzyczy, by przyciąć znacznie projekt budżetu na następną siedmiolatkę. W dodatku Paryż uderza w najczulszy z punktu widzenia interesów Polski - fundusze spójności (z których Francja już nie korzysta). Nieoficjalnie wiadomo, że domaga się zmniejszenia ich o połowę przy zachowaniu obecnych wydatków na unijną politykę rolną (z której miliardy idą na wielkie francuskie gospodarstwa rolne).
Eksperci uspokajają, że po francuskich wyborach w drugiej połowie 2012 roku znajdzie się w końcu kompromis w sprawie budżetu Unii. Te najtrudniejsze rokowania w Europie zakończą się zapewne w grudniu, za przewodnictwa Cypru.
Co nas czeka jeszcze? Zapewne wiele wydarzeń, których nie sposób dziś przewidzieć, podobnie jak pod koniec 2010 roku nikt nie śnił nawet o tym, że w sierpniu 2011 roku hordy Brytyjczyków będą przez kilka dni plądrować i grabić sklepy w Londynie.
Potencjalnie największym zagrożeniem dla wewnętrznej stabilności Europy jest właśnie rosnące napięcie społeczne w Europie i frustracja młodego pokolenia. Jeśli do tego dodamy rosnącą falę politycznego populizmu od Francji, poprzez Holandię, Finlandię, po
Węgry, to mamy niebezpieczną mieszankę społecznych frustracji i politycznego cynizmu, które w równej mierze karmią się słabością Europy.