- Niech
policja porozstawia w miastach rowery na wabia - apeluje Michael Zeugin, radny Partii Zielonych-Liberałów z Winterthur. Jego zdaniem rowery powinny mieć nadajniki
GPS, tak by policja mogła śledzić złodziei i dzięki temu namierzać miejsca, w których trzymają skradzione jednoślady.
Policja odrzuciła pomysł radnego Zeugina, bo w myśl prawa inwigilacja podejrzanych jest dopuszczalna tylko w przypadkach ciężkich przestępstw.
Szwajcarzy przeważnie zostawiają rowery na ulicach i często nawet ich nie zabezpieczają pętami. Z
policyjnych statystyk wynika, że w liczącym 1,3 mln mieszkańców kantonie
Zurych, w którym leży Winterthur, w 2010 r. skradziono 6,5 tys. rowerów, a w tym roku będzie pewnie tak samo. I choć w przeciwieństwie do polskich szwajcarscy policjanci nie mogą narzekać na brak pieniędzy i ludzi, w przypadku złodziei rowerów są bezsilni - udaje się im złapać zaledwie dwóch sprawców na stu.
Dla firm ubezpieczeniowych to poważny problem. Koncern Axa Winterthur wypłaca rocznie aż 7 mln franków (25 mln zł) odszkodowań za skradzione rowery. Ostatnio łupem złodziei padły warte 50 tys. franków (175 tys. zł) rowery z włókien węglowych, na których jeździła grupa triatlonistów.
Nie do końca wiadomo, dlaczego rowery znikają. Policja mówi o gangach z Europy Wschodniej, ale wiadomo, że kradną też Szwajcarzy. Szczególnie gdy wracają nocą z imprezy i uciekł im ostatni autobus.
Szwajcarskie kluby rowerowe zaczęły alarmować polityków, a ci zasypali policję i władze lokalne pomysłami na ukrócenie przestępczego procederu. Jean-François Steiert, radny z Fryburga i zarazem szef związku rowerzystów, zaproponował, by stworzyć centralny rejestr rowerów, który działałby podobnie jak rejestr samochodów.
Pomysł został odrzucony z powodu dużych kosztów. Z tego samego powodu władze Zurychu nie podchwyciły pomysłu radnej Rebekki Wyler, która proponowała utworzenie przez miasto parkingów rowerowych oraz by dopłacało do kłódek i łańcuchów.