http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Korea Płn. pożegnała dyktatora

Maria Kruczkowska
2011-12-28, ostatnia aktualizacja 2011-12-29 01:29

Kondukt żałobny Kim Dzong Ila. Przy karawanie idzie syn i następca dyktatora - Kim Dzong Un
Kondukt żałobny Kim Dzong Ila. Przy karawanie idzie syn i następca dyktatora - Kim Dzong Un
Fot. AP/

Niezliczone tłumy szlochały na drodze przejazdu trumny z ciałem przywódcy Korei Północnej Kim Dżong Ila. "Jak mogłeś nas opuścić?", "Co my teraz poczniemy?!" - wołali niektórzy. A świat nawet w ustawieniu najważniejszych oficjeli szukał wskazówek, czego może teraz oczekiwać od kraju, który ma broń jądrową

Uroczystości pogrzebowe Kim Dzong Ila
Fot. REUTERS/REUTERS TV
Uroczystości pogrzebowe Kim Dzong Ila

Fot. AP
Żałobna kawalkada mercedesów i lincolnów opuściła wczoraj rano mauzoleum Kumsusan w Pjongjangu, gdzie przez dziesięć dni wystawiono ciało Kim Dżong Ila na marach. Pochód otwierał pojazd z ogromnym portretem uśmiechniętego "Ukochanego Przywódcy", jak oficjalnie nazywano dyktatora. Kolejne auto udekorowane było wielkim bukietem białych kwiatów, trzeci samochód wiózł trumnę przykrytą czerwoną draperią. Uroczysty przejazd przez trzymilionową stolicę trwał trzy godziny. Zakończyła go salwa 21 wystrzałów armatnich.

Nawet lód pęka

W Pjongjangu padał wczoraj gęsty śnieg i było minus 3 stopnie, ale na ulicach tysiące ludzi czekało na pożegnanie Kima z gołymi głowami - takie fragmenty uroczystości pogrzebowych pokazała północnokoreańska telewizja. W najbardziej zamkniętym przed światem państwie nie było żadnych zachodnich dziennikarzy.

Reżimowe media pokazywały ludzi, którzy na widok trumny człowieka, któremu przypisuje się doprowadzenie do głodowej śmierci nawet miliona ludzi, wołali: "Ojcze! Ojcze!", "Jak mogłeś nas opuścić?!", "Co my teraz poczniemy?!".

Po przejeździe kawalkady tłum, oceniany na 200 tys. osób, próbował za nią biec. Ludzie głośno szlochali, bili się w piersi, niektórzy klękali. Koreańczycy, wychowani od dziecka w kulcie jednostki i odcięci od świata, byli przekonani, że ich nigdy niezasypiający przywódca za nich myśli. Są niepewni, czy jego następca, mający zaledwie 28 lub 29 lat syn Kim Dżong Un, sobie poradzi i co ich czeka.

Pogrzeb miał ich uspokoić i pokazać, że sytuacja jest pod kontrolą. Tak jak w przypadku śmierci w 1994 r. twórcy komunistycznej Korei Kim Ir Sena, także odejściu jego syna Kim Dżong Ila towarzyszą cudowne zjawiska przyrodnicze, takie jak pęknięcie na pół tafli lodowej jeziora i czerwone zorze nad górą Pektu, legendarnym miejscem urodzenia przywódcy.



Koreańczykom wydaje się to naturalne. - Jakże niebiosa mogą nie płakać, skoro straciliśmy generała z nieba? Kiedy śmierć nas od niego oddziela, ludzie, góry i niebiosa zalewają się krwawymi łzami, Ukochany Najwyższy Dowódco! - mówił jeden z żołnierzy.

Atomowa karta w grze

Poza reżimowymi mediami o pogrzebie informowały chińska agencja Xinhua i rosyjska ITAR-TASS mające placówki na miejscu. Inne media nie zostały wpuszczone. Wiarygodnych źródeł nie mają też w Korei Północnej zachodnie wywiady.

Dlatego pozostało im analizowanie miejsc żałobników w kondukcie, by zorientować się w nowej konfiguracji władz. Jako pierwszego przy samochodzie wiozącym trumnę zobaczyli przysadzistego Kim Dżong Una. Za nim jego wuja 65-letniego Czang Sung Teka, wiceszefa Narodowej Komisji Obrony, który ma wspierać nowego dyktatora swoim doświadczeniem. Czang maszerował wraz z żoną, młodszą siostrą Kim Dżong Ila, która ma stopień generała armii.

Właśnie ten triumwirat przy wsparciu czwartej największej armii świata będzie na razie rządzić 23-mln Koreą Północną, jednym z najgroźniejszych krajów świata, uzbrojonym w broń atomową i rakiety średniego zasięgu. Przede wszystkim zaś nieprzewidywalnego, co chwila grożącego Korei Południowej zniszczeniem i wywołującego starcia na granicy jak ostrzelanie w zeszłym roku jednej w wysepek.

Po drugiej stronie pojazdu z trumną szli wojskowi z szefem sztabu generalnego wicemarszałkiem Ri Jong Ho na czele. Ma to być sygnał, że Kim Dżong Un chce kontynuować politykę "songun", czyli "najpierw armia", którą zapoczątkował jego ojciec.

Ci, którzy liczyli, że wraz z młodym Kimem, który chodził do szkoły w Szwajcarii, coś się w Korei Północnej zmieni, czeka niemiłe rozczarowanie - uważają eksperci. - Jest militarystą i kocha bombę atomową - twierdzi Japończyk Kenji Fujimoto, który przez lata przygotowywał sushi dla Kim Dżong Ila.

Fujimoto miał okazje poznać jego trzech synów. Od dzieciństwa Kim Dżong Il czuł jednak, że tylko najmłodszy i najbardziej wojowniczy z trójki nosi jego geny. Od 15. roku życia pozwolił Kim Dżong Unowi pić whisky, bo mężczyzna musi mieć silną głowę. Kupił mu też mercedesa 600. Po powrocie z Europy Kim Dżong Un miał ponoć oznajmić: - Pod względem technologii jesteśmy zapóźnieni, a jedyne nasze aktywa to uran.

Nowy dyktator, tak jak ojciec, może zechcieć grać światu na nosie, używając atomowej karty. Obecnie, osiem lat od zerwania układu o nierozpowszechnianiu broni masowego rażenia, Pjongjangowi udało się zbudować od 6 do 12 ładunków plutonowych. Może z nich zrobić tzw. brudną bombę i zrzucić ją np. z samolotu. Jeśli jednak uda się Północy zminiaturyzować ładunek tak, by umieścić go w rakiecie, świat naprawdę będzie miał się czym martwić.

O tym, że to kwestia roku do dwóch, przekonany jest atomista Larry Niksch, który pracuje od 43 lat dla Kongresu USA. Podobnego zdania jest inny ekspert amerykański i były dyrektor laboratorium atomowego w Los Alamos Siegfried Hecker, któremu rok temu Koreańczycy pokazali swoje wirówki do wzbogacania uranu. Tym samym ujawnili, że przez lata wodzili USA za nos, utrzymując, że nic takiego nie mają.

Czystki w partii i armii

Jeśli nowy Kim, już trzeci z dynastii, wróci do stołu negocjacji o jego arsenale jądrowym, pierwszym jego żądaniem będzie pomoc żywnościowa. Bo dla Korei Północnej zastawienie stołów to teraz cel najwyższej rangi. W 2012 r. przypada bowiem 100-lecie urodzin ojca narodu Kim Ir Sena. Reżim obiecywał od dawna, że do tego czasu kraj będzie "bogaty i potężny". Tymczasem jedna czwarta ludności głoduje, a dotychczasowa zagraniczna pomoc najczęściej trafiała do potężnej armii, a nie do potrzebujących.

Nowy dyktator musi więc coś pokazać. Przed uroczystościami, które odbędą się w kwietniu, Korea stawia w stolicy 50-kondygnacyjne wieżowce - i to w tempie po dwa piętra na dobę. Do tego wznowiła budowę 105-piętrowego hotelu Ryugyong, którą rozpoczęła w 1987 r., by z braku pieniędzy zarzucić inwestycję na początku lat 90.

Wszystko świadczy też o tym, że młody Kim będzie rządzić krajem równie bezlitośnie jak jego poprzednicy. O trwającej czystce w armii i partii doniosła niedawno Amnesty International, bazując na źródłach dyplomatycznych i własnych informatorach na Północy. "Sporo, może setki ludzi rozstrzelano lub zamknięto w obozach" - pisze organizacja broniąca praw człowieka.

Wydawana w Seulu przez uchodźców z Korei Północnej "Daily NK" twierdzi z kolei, że w całym kraju w zakładach pracy, koszarach i urzędach ludzie podpisują lojalki, prześcigając się w deklaracjach oddania Kim Dżong Unowi.

Człowiekowi, którego reżimowe media tytułują wyłącznie "Błyskotliwym Generałem", "Wielkim Następcą", "Najwyższym Dowódcą" i "Wielkim Towarzyszem".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 17 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':