Dominika Pszczółkowska: Na jak długo sprawa ustawy zakazującej negowania ludobójstwa Ormian może popsuć stosunki francusko-tureckie? Alican Talya, ekspert od stosunków francusko-tureckich w paryskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych i Strategicznych: Stosunki te są i tak napięte od 2007 roku, od czasu, gdy prezydentem Francji został Nicolas Sarkozy, który publicznie i kategorycznie sprzeciwia się członkostwu Turcji w Unii Europejskiej.
Już w 2001 roku, gdy
Francja uznała rzeź Ormian za ludobójstwo, Ankara odwołała ambasadora. Przegłosowana w czwartek ustawa przyjmowana jest nie po raz pierwszy [poprzednią Zgromadzenie przyjęło w 2006 r., po pięciu latach prac odrzucił ją senat]. Problem w tym, że zdaniem Turcji Francja naraża stosunki na swój wewnętrzny użytek. I trudno im odmówić racji: nie przez przypadek głosowanie odbyło się na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi i prezydenckimi.
We Francji żyje pół miliona osób pochodzenia ormiańskiego. Mieszkają tu od dawna i stanowią o wiele bardziej wpływowe lobby niż Turcy. Wielu Ormian działa m.in. w partiach politycznych.
Także we Francji ustawa wywołała wiele głosów sprzeciwu. - Tak, jest on dwojakiego rodzaju. Zgadzam się z wieloma osobami protestującymi, że to ograniczenie wolności słowa, że szczególnie w kwestiach historycznych politycy nie mogą narzucać, co wolno powiedzieć. Z tego względu jestem przeciwnikiem także poprzedniej ustawy z 1990 r. [która ogólnikowo zakazuje negowania zbrodni przeciw ludzkości].
Po drugie, jeśli autorom ustawy zależy, by Turcy wreszcie przyznali się do ludobójstwa, to jest to kontrproduktywne. Raczej wywoła falę nacjonalizmu i utrudni wewnętrzną dyskusję w Turcji.
A jak zareagują zwykli Turcy? Czy tak jak im sugerują władze - przestaną kupować francuskie produkty? - Obraz Francji w Turcji jest coraz bardziej negatywny, ale nie wiem, czy aż do tego stopnia, by przestali kupować francuskie produkty. Niewłaściwe jest tu mówienie o Turkach w ogóle. To prawda, że większość czuje się sprowokowana, ale jest coraz większa grupa Turków, którzy są wrażliwi na to, co mówią Ormianie. Bardzo wielu sygnatariuszy zdobyła ostatnio internetowa petycja z przeprosinami za wydarzenia sprzed prawie stu lat.
Jeśli chodzi o bojkot gospodarczy, to zdania są niewątpliwie podzielone, np. wpływowa federacja tureckich przedsiębiorców sprzeciwia się bojkotowi francuskich produktów.
Turcy są coraz mniej entuzjastyczni wobec członkostwa w UE. - To prawda. W 2005 r., gdy rozpoczynaliśmy negocjacje, większość Turków była za wejściem, lecz od 2007 roku liczba zwolenników regularnie maleje. Ale turecka opinia publiczna jest bardzo zmienna. Teraz ludzie czują się niemile widziani. Z Europy, w szczególności od Sarkozy'ego i kanclerz Merkel, słyszą przesłanie: "Możecie zrobić wszystkie reformy, ale my i tak was nie wpuścimy". Widzą też kryzys
strefy euro i podejrzewają, że gdyby byli w środku, mógłby i ich dotknąć. Myślę jednak, że jakiś wyraźny pozytywny sygnał ze strony Unii mógłby znów zmienić podejście.
A władze? Wydaje się, że ostatnio interesuje je bardziej umacnianie pozycji Turcji w świecie muzułmańskim. -
Turcja stara się prowadzić bardziej aktywną dyplomację, która dotychczas była dość pasywna. Ale nie chodzi o to, by odwrócić się od Unii. Turcja nadal jest przede wszystkim sojusznikiem
USA w NATO. Skoro może być sojusznikiem USA i odgrywać aktywniejszą rolę w świecie muzułmańskim, to mogłaby też jednocześnie zmierzać do Unii. Negocjacje członkowskie blokuje Unia, a nie Turcja. Ta ostatnia, choć powoli, przeprowadzała jednak reformy zbliżające ją do członkostwa.