http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Unia przegrywa z Moskwą Wschód [ANALIZA]

Jacek Pawlicki, Tomasz Bielecki, Bruksela
2011-11-25, ostatnia aktualizacja 2011-11-25 00:54

Skazanie Alesia Bialackiego na 4,5 roku łagru to kolejny dowód na to, że unijna polityka wobec Białorusi i poniekąd Ukrainy umiera na naszych oczach. Bez reanimacji piszą Jacek Pawlicki i Tomasz Bielecki

2 listopada 2010 r. Aleksander Łukaszenka podczas rozmów z ministrami Westerwellem (po prawej ręce prezydenta Białorusi ) i Sikorskim (po jego lewej stronie)
Fot. Nikolai Petrov ASSOCIATED PRESS
2 listopada 2010 r. Aleksander Łukaszenka podczas rozmów z ministrami...
Reżim Aleksandra Łukaszenki robi, co chce, bo europejskiej marchewki (zresztą z jego perspektywy wątpliwej) na razie nie potrzebuje. Znów ma możnego protektora, czyli Rosję. A z kija zwyczajnie sobie drwi, bo unijne sankcje finansowe oraz wizowe wymierzone w ludzi władzy nie są zbyt uciążliwe. Łukaszenka wcale nie martwi się dalszą izolacją, bo w wielu krajach i tak jest już traktowany jak trędowaty. A na słowa potępienia i wezwania od dawna jest głuchy.

- Polityka wobec Białorusi jest nieskuteczna. Jest źle, ale niech żywi nie tracą nadziei - mówi w rozmowie z "Gazetą" Jacek Saryusz-Wolski, europoseł PO i b. szef komisji spraw zagranicznych europarlamentu.

Atutem Europy w strategii przyciągania Białorusi i Ukrainy jest atrakcyjność modelu europejskiego, dobrobytu i demokracji. Alternatywą dla tej oferty jest przestarzała cywilizacyjna oferta Rosji. Ukraińcy i Białorusini, marząc o dobrych i perspektywicznych studiach dla swych dzieci, coraz częściej myślą nie o Moskwie, lecz o uczelniach w którymś z krajów unijnych. Pewnie nawet wielu ludzi władzy wolałoby, by ich dzieci żyły na Białorusi otwartej i dostatniej i by mogły podróżowały po Europie bez kontroli paszportowych.

Jednak Łukaszenka odrzucił ten model. Uznał, że ważniejsze jest przetrwanie. Rok temu szefowie dyplomacji Polski i Niemiec Radosław Sikorski i Guido Westerwelle przekonywali białoruskiego prezydenta, by nie fałszował grudniowych wyborów prezydenckich. Jak to zgrabnie ujął Sikorski, celem wizyty w Mińsku miało być danie Białorusi jasnego przekazu, że jest krajem europejskim, gdzie mogą obowiązywać europejskie standardy demokracji, ochrony praw człowieka, w tym praw mniejszości narodowej. Sikorski i Westerwelle kusili Łukaszenkę m.in. obietnicami pożyczek z europejskich instytucji finansowych i dostępu do unijnych funduszy. Nieoficjalnie wiadomo, że pomoc ta miało być warta półtora miliarda euro.

Jak się szybko okazało, Łukaszenka współpracę odrzucił - 19 grudnia 2010 r. po sfałszowanych wyborach prezydenckich milicja brutalnie rozprawiła się z opozycją protestującą na ulicach Mińska. Następnie sądy przystąpiły do karania byłych już kandydatów na prezydenta, członków sztabów wyborczych, działaczy opozycji czy ludzi niezależnych od władzy mediów.

Czy oferta Zachodu była zbyt wirtualna, czy też Łukaszenka uznał, że w krótkiej perspektywie lepiej mu się opłaci działać po staremu.

Starając się przyciągać do siebie Ukrainę i Białoruś, Europa przegrywa z prostego powodu - ma do zaoferowania dużo mniej niż Rosja. Mglista i odległa perspektywa integracji z Zachodem zapisana w programie Partnerstwo Wschodnie, który wymyśliły Polska i Szwecja, nie może przebić oferty Moskwy.

Czymże jest odległe i warunkowe kilkaset milionów euro z budżetu Partnerstwa Wschodniego rozdzielone między sześć państw objętych programem w porównaniu z kilkoma pewnymi miliardami dolarów, które daje Moskwa? Jak wypada odległa możliwość stowarzyszenia z Unią (o członkostwie nikt nie mówi) w porównaniu z zyskami wynikającymi z coraz bliższej współpracy gospodarczej z Moskwą i z udziału w Związku Celnym (Rosja, Białoruś, Kazachstan), który wkrótce ma się zamienić we wspólną przestrzeń gospodarczą?

Rosja daje dziś Białorusi dużo więcej od europejskiego marzenia - tani gaz, dzięki któremu reżim pewnie przetrwa kryzys gospodarczy, a społeczeństwo zimę. Otwiera moskiewski rynek dla białoruskich towarów, których na Zachodnie nikt by pewnie nie kupił.

Podobna rosyjska oferta czeka na stojąca w rozkroku między Wschodem a Zachodem Ukrainę. Zresztą wyrok siedmiu lat więzienia dla byłej premier, a dziś przywódczyni opozycji Julii Tymoszenko za rzekome uchybienia przy podpisywaniu umowy gazowej z Rosja w 2009 r. pokazuje, że prezydent Wiktor Janukowycz chyba już machnął ręką na ofertę Zachodu.

Mińsk i Kijów przez lata balansowały między Rosją i Zachodem z obawy, by dawna radziecka metropolia nie uzyskała zbyt dużych wpływów na Białorusi i Ukrainie. Moskwa gdyby tylko mogła, odsunęłaby Łukaszenkę i związane z nim elity od władzy, a na Ukrainie zagroziłaby interesom oligarchów ze wschodu kraju, którzy w obawie o swoje wpływy i majątki bronią niepodległości.

Choć zatem Europa mogła grać zarówno atrakcyjnością swego modelu cywilizacyjnego, jak i lękiem Mińska przed połknięciem przez Moskwę (i Kijowa przed zdominowaniem w gospodarce), to Rosja zdołała wybić zęby polityce wschodniej UE, którą współtworzyła Polska. Do Putina nie można mieć pretensji - z zimną konsekwencją realizuje swe neoimperialne plany. W 2008 roku, wysyłając czołgi do Gruzji, pokazał światu, że potrafi bronić rosyjskiej strefy wpływów. Teraz "metodami pokojowymi" zajął się Białorusią i Ukrainą.

Unii Europejskiej zabrakło samozaparcia i konsekwencji, a nawet - nie boimy się tego powiedzieć wprost - przekonania, by stoczyć prawdziwą walkę o Kijów czy Mińsk. Teraz Unia jest pogrążona w kryzysie euro, nie ma ani politycznej siły, ani pieniędzy, by przebić ofertę Rosji. Jak tłumaczy Jacek-Saryusz Wolski, największy problem polega na tym, że Unia na razie nie jest nawet w stanie wprost zaoferować tym krajom perspektywy członkostwa, czyli celu, który by je naprawdę mobilizował.

Co można zrobić? Zaostrzyć sankcje - objąć nimi choćby przedsiębiorstwo Biełnieftiechim handlujące na potęgę z Zachodem przetworzonymi produktami naftowymi. To zabolałoby reżim i poniekąd Unię, ale w dłuższej perspektywie może przynieść spodziewane rezultaty.

Unia powinna też dalej wspomagać finansowo białoruską opozycję i inwestować w rozwój społeczeństwa obywatelskiego zarówno na Białorusi, jak i Ukrainie. Instrumentem może być zaakceptowany przez Unię inny pomysł Polski - Europejska Fundacja na rzecz Demokracji (European Endowment for Democracy).

Jeśli ktoś zmieni reżim na Białorusi i nastawienie władz w Kijowie do integracji - to zwyczajni ludzie. - Gra o Wschód trwa - mówi Jacek Saryusz-Wolski, ale to długi marsz, który potrwa lata.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 17 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    16 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':