Władimir Putin ze znanym rosyjskim sambistą Fiodorem Jemieljanienką
Fot. Alexei Druzhinin AP
W Rosji władzę można sprawować na niby, a potem jak zabawkę oddać ją koledze, który się bardzo do niej przywiązał. Ale taka władza nie budzi już nabożnego lęku, a czasem można ją i wygwizdać
Świta czyni króla. Bywa, że ludzie z orszaku monarszego tracą głowę i niechcący czynią z niego pośmiewisko.
Tak właśnie się stało, gdy w niedzielę w moskiewskim kompleksie sportowym Olimpijski doszło do niesłychanego skandalu - publiczność wygwizdała absolutnie niewygwizdywalnego do tej pory Władimira Putina. Jeden przez drugiego kremlowscy dworacy rzucili się tłumaczyć, że gwizdy i wrogie okrzyki tylko się przywidziały wrogom. Albo że były niczym innym jak wyrazem bezgranicznej miłości narodu do przywódcy.
Do nieszczęścia doszło po pojedynku Fiodora Jemieljanienki z Amerykaninem Jeffem Monsonem, mistrzem walk mieszanych. Gdy Rosjanin złamał przeciwnikowi nogę i rozbił mu wargę, słowem zrobił z niego kotlet mielony, na ring wyskoczył premier, aby przed rozgrzaną masakrą publicznością pogratulować "russkiemu bogatyrowi". A publika jak to publika. Przywitała niezmiennego od 12 minionych i pewnie przez 12 kolejnych lat przywódcę gwizdami i buczeniem. I to wszystko przed kamerami telewizyjnymi relacjonującymi wydarzenie na żywo.
W sumie nic wielkiego. Politycy na świecie przywykli, że na nich gwiżdżą, tupią, buczą, a nawet wyzywają grubym słowem. Ale nie w Rosji. Tu obraz przywódcy zawsze był święty jak ikona. Cara zdarzało się zamordować, ale gwizdać, tupać na niego, wyzywać... Nigdy.
Monarsze oraz członkowi jego bliskiej rodziny należał się tytuł awgustiejszy (od cezara Augusta), co w rosyjskim jest czymś pośrednim między "wywyższony" a "święty".
Stalin bardzo się troszczył o swój status ikony. Kiedyś grywający często wodza aktor Michaił Giełowani bezczelnie poprosił go o zgodę na pomieszkanie w podmoskiewskiej daczy, by lepiej się wczuć w rolę. Stalin nie był przeciw. Zaproponował zuchwalcowi, by wczuwanie się zaczął od pobytu w Kraju Turuchańskim, syberyjskim zakątku o parszywym północnym klimacie, gdzie wódz spędził trochę czasu na zesłaniu. Aktora zmroziło, a ochota na wczuwanie się przeszła mu, jak ręką odjął.
Ale i tak mu się udało. Stalin umiał przypominać zwykłym śmiertelnikom, jak są przy nim malutcy. A opornym bez wahania udowadniał, że są śmiertelni.
Telewizja od lat czyni Putina awgustiejszym. Na ekranie pilotuje on myśliwce, w okrętach podwodnych zapuszcza się w głębiny, nurkuje w odmętach i podnosi z dna tysiącletnie amfory. Celnymi ripostami uciera nosa gubernatorom, a swym nagim torsem oszałamia dziewczęta.
I nagle przed tymi samymi kamerami na Putina gwiżdżą i buczą. Oczywiście telewizja państwowa pokazała to tylko raz w transmisji na żywo. W starannie wyretuszowanych powtórkach był już tylko aplauz. Jednak w niepokornym internecie przebojem jest filmik nieocenzurowany.
Świta premiera próbuje więc za wszelką cenę przekonać poddanych, że to, co widzą i słyszą, to wcale nie jest to, co widzą i słyszą.
Ktoś dowodzi, że gwizdaniem i tupaniem publiczność na imprezach sportowych wyraża najwyższy zachwyt występującym. Ktoś inny, że kibice hałasowali, bo chcieli do toalety. Dyżurny kremlowski politolog Siergiej Markow zapewnia, że na widowni zgromadzili się faszyści, chuligani i inny wraży element.
A Kristina Potupczik, rzeczniczka putinowskiej młodzieżówki Nasi, przeciwnie - zaklina się, że była na miejscu i widziała, że publika gwizdała, buczała, krzyczała ze szczęścia i radości, bo objawił się jej ukochany przywódca narodu. Słowem mamy w Moskwie egzegezę gwizdu na poziomie godnym mistrzów scholastyki.
Niewiele znaczący epizod pozostaje w centrum uwagi i jest tematem coraz bardziej zjadliwych komentarzy. Sam Putin też się do tego przyczynia. Jak zapowiadały transparenty rozwieszone od miesiąca w Moskwie, we wtorek premier miał być na koncercie charytatywnym w tym samym kompleksie Olimpijski. Nie zjawił się jednak. Może rzeczywiście był zajęty. Ale jak udowodni, że nie zrobił uniku z obawy przed miejscem, w którym pierwszy raz usłyszał gwizdy?
Znany publicysta Leonid Radzichowski podkreśla, że rządzący Rosją tandem Putin - Miedwiediew bardzo pomógł narodowi otrząsnąć się z feudalnej pokory przed magią władzy najwyższej. Ostatnie cztery lata pokazały, że władzę można sprawować na niby, a potem jak zabawkę oddać ją koledze, który się bardzo do niej przywiązał. A taka władza nie jest już, jak było przez wieki, awgustiejsza. Nie budzi nabożnego lęku, a czasem można ją też wygwizdać.