Od początku mówiłem, ze władze miasta mają dwa cele: zapewnić bezpieczeństwo i zdrowie mieszkańców miasta, a protestującym prawo do wolności gwarantowane przez pierwszą poprawkę do konstytucji. Ale kiedy te dwa cele stają się sprzeczne, priorytetem jest zdrowie i bezpieczeństwo - oświadczył we wtorek o ósmej rano burmistrz Michael Bloomberg.
Sześć godzin wcześniej setki policjantów uzbrojonych w pałki wkroczyły do parku Zuccotti na Manhattanie, matecznika protestów pod hasłem "Okupuj Wall Street!". Około 200 najbardziej zatwardziałych "okupantów" aresztowano, a ich namioty i śpiwory zostały usunięte. Po raz pierwszy od dwóch miesięcy park był pusty.
Protest zaczął się 17 września od happeningu kanadyjskiej grupy Adbusters, która specjalizuje się w wyszydzaniu zakłamanych polityków i korporacji. Pod giełdą Wall Street adbustersi protestowali przeciw bogaczom, którzy ryzykownymi operacjami finansowymi wpędzili Amerykę w kryzys, ale sami nie ponieśli prawie żadnych konsekwencji.
Niespodziewanie demonstracja przerodziła się w permanentną okupację pobliskiego parku Zuccotti, a potem dziesiątek parków w całym
USA. Protestujących nazywa się "Ruchem 99 proc.", bo twierdzą, że reprezentują 99 proc. Amerykanów wykorzystywanych przez 1 proc. bogaczy.
Od 1979 do 2007 r. dochody bogaczy wzrosły o 275 proc., a dochody najbiedniejszych 20 proc. Amerykanów - o zaledwie 18 proc. Również klasa średnia, która zawsze była silnikiem napędzającym
Stany Zjednoczone, bogaci się pięć razy wolniej niż jednoprocentowa elita. Studenci zadłużają się, żeby opłacić czesne i zdobyć dyplom (kredyty studenckie wynoszą już bilion dolarów - więcej niż wynosi dług Amerykanów na wszystkich kartach kredytowych).
Burmistrz Bloomberg od wielu tygodni przestrzegał, że sytuacja sanitarna w parku Zuccotti, gdzie kilkaset osób koczuje bez łazienek i toalet, a dodatkowo do protestujących przyłączają się bezdomni i ludzie z marginesu, jest niedopuszczalna.
We wtorek rano mówił, że odgrodzony przez policję park zostanie dokładnie wyczyszczony (rzeczywiście pracowały tam ekipy sprzątające), a potem demonstranci mogą do niego wrócić. Ale już bez namiotów i bez śpiworów, bo wolność wypowiedzi nie oznacza wolności do okupowania dzień i noc cudzej
nieruchomości (Zuccotti jest własnością firmy Brookfield Properties).
Wygnani z parku natychmiast wysłali zaprzyjaźnionych prawników do sądu, a ci wrócili z nakazem, który zdumiał Bloomberga. Sędzia Lucy Billings zdecydowała się rozpatrzyć sprawę w ciągu dnia, ale do czasu jej rozpatrzenia nakazała policji, żeby zezwoliła protestującym na powrót do parku. I to razem z namiotami i śpiworami!
Do zmroku setki "okupantów" kręciły się we wtorek w okolicy Zuccotti, czekając, aż władze miasta podporządkują się nakazowi. Przed południem setki "okupantów" kręciły się w okolicy Zuccotti, czekając, aż władze miasta podporządkują się nakazowi. Bloomberg zapowiadał, że będzie walczył w sądzie o jego zmianę. I wygrał - wieczorem sąd odrzucił zażalenie protestujących. Mogą wrócić do parku, ale bez namiotów i śpiworów.
Nawet i bez tego wyroku było oczywiste, że "okupanci" znaleźli się na rozdrożu. Do walk z policją dochodziło już w innych miastach, m.in. w Oakland w Kalifornii, gdzie ciężko ranny został weteran z Iraku. Nawet pionierzy z Adbusters wzywają do zwinięcia obozowisk: "Ogłośmy zwycięstwo i idźmy do przodu innymi ścieżkami".
W ostatnich tygodniach zainteresowanie "Ruchem 99 proc." spada. Hasło "Occupy Wall Street!" jest obecnie wstukiwane w wyszukiwarkę
Google pięć razy rzadziej niż w połowie października (wtedy było najpopularniejsze). Ludzie żyjący lub pracujący w okolicach, które zamieniły się w obozowiska, są znużeni i zniecierpliwieni. Nadciąga zima, która brutalnie przetestuje odporność nowojorskich "okupantów".
Dość powszechne jest na lewicy przekonanie, że zwinięcie namiotów nie byłoby żadną klęską, bo "okupanci" już zmienili kierunek debaty publicznej w Ameryce. Wprawdzie i wcześniej mówiło się o nierównościach społecznych i faworyzowaniu bogatych, ale teraz głosy takie brzmią dobitniej.
"Problem w tym, że obozowiska w parkach, zamiast być środkiem do osiągnięcia celu, stały się dla wielu protestujących celem samym w sobie. Obrona namiotów stała się wyznaniem wiary. Protestujący tracą wątek i rozeznanie, co jest ważne" - zauważa felietonista "New York Timesa" Clyde Haberman.
Niektórzy oczekują, że "okupanci" - zwinąwszy namioty - założą własną partię, która rozbije dwubiegunowy system w USA, czyli podział na Demokratów i Republikanów. Albo przynajmniej wykreują niezależnego kandydata na prezydenta.
Wybory 2012 r. zapowiadają się bardzo dziwnie, bo Amerykanie są rozczarowani nie tylko prezydentem Barackiem Obamą (40 proc. poparcia), ale też krytykującymi go Republikanami (40 proc. pozytywnych ocen) i w ogóle całą klasa polityczną (Kongres cieszy się zaufaniem 9 proc. obywateli).
Szanse "trzeciego kandydata" wydają się lepsze niż kiedykolwiek. Jeszcze kilka miesięcy temu spekulowano, ze mógłby nim być burmistrz Nowego Jorku, który jest bezpartyjny. Wprawdzie wcześniej należał do Partii Republikańskiej, ale wykazuje nietypową jak na człowieka prawicy wrażliwość społeczną - m.in. wyłożył ze swoich własnych pieniędzy 30 mln na program wyrównywania szans dla młodych czarnych i Latynosów w swoim mieście i 50 mln na kampanię przeciwko energetyce węglowej (bo zanieczyszcza środowisko).
Jednak 12. miejsce na liście najbogatszych Amerykanów (z majątkiem rzędu 20 mld dol.) przekreślało Bloomberga w oczach "okupantów", jeszcze zanim nakazał ich wygnać z parku Zuccotti.