Było to czwarte z kolei, ale zarazem pierwsze jego publiczne przesłuchanie od czasu rzezi z 22 lipca. Wówczas to 32-letni Norweg, zdetonowawszy w centrum
Oslo bombę, która zabiła osiem osób, przybył na wyspę Utoya. Tam w przebraniu policjanta wymordował 69 głównie młodych ludzi, uczestników letniego obozu młodzieżówki Partii Pracy.
- Przyznaję się do czynów, ale nie uznaję się za winnego przestępstwa - tłumaczył w poniedziałek w sądzie Breivik. - Jeśli chodzi o kompetencje sądu, to kwestionuję je, ponieważ otrzymał on swój mandat od organizacji wspierających ideologię nienawiści, czyli wielokulturowość - perorował. Próbę wygłoszenia dłuższej ideologicznej przemowy do zebranych przerwał mu sędzia Torkjel Nesheim.
W sali rozpraw sądu w Oslo zebrało się blisko 120 osób, w tym 30, które przeżyły atak lub straciły w nim bliskich. Setki innych obserwowały trwające 40 minut posiedzenie na monitorach rozmieszczonych w innych salach sądu.
Ten przedłużył o kolejne 12 tygodni areszt Breivika. Sędzia Nesheim ogłosił, że przez osiem tygodni zamachowca będzie obowiązywał absolutny zakaz odwiedzin i korespondencji, a przez cztery pierwsze tygodnie także zakaz dostępu do mediów.
Jeśli Breivik zostanie uznany za osobę poczytalną i odpowiedzialną za swe czyny, jego proces rozpocznie się 16 kwietnia 2012 roku. Może potrwać co najmniej dwa lata. Sprawcy grozi 21 lat więzienia, z możliwością przedłużenia kary o kilka kolejnych.
Problem w tym, że dwójka badających go psychiatrów - Synne Sorheim i Torgeir Husby - ma nie lada kłopot ze zdiagnozowaniem pacjenta. Raport na temat jego stanu psychicznego miał być gotowy 1 listopada, ale w połowie października sąd dał lekarzom dodatkowy miesiąc na badania. Według norweskiej telewizji NRK Sorheim i Husby przeprowadzili już 11 długich rozmów z Breivikiem, ale do mediów nic nie przeciekło.
Jego jedynym kontaktem ze światem jest adwokat Geir Lippestad. Ten sugeruje, iż jego klient jest chory psychicznie. W wywiadach prasowych opowiada, że Breivik źle znosi izolację i obawia się, że padnie ofiarą zamachu.
W trakcie poprzednich przesłuchań zamachowiec zeznał, że rozważał zaatakowanie innych celów poza Oslo i Utoyą, ale zrezygnował z powodu trudności logistycznych. Według norweskich mediów na jego liście były pałac królewski i siedziba rządzącej Partii Pracy. Nie wiadomo, ile warte są te rewelacje, gdyż wcześniej sprawca próbował przekonać policję, że nie działał sam i że w Norwegii są także inne komórki Templariuszy, co okazało się nieprawdą.
Do ataku Breivik przygotowywał się systematycznie od kilku lat. Jeździł w tym czasie po Europie, nawiązując kontakty ze skrajną prawicą i kompletując sprzęt potrzebny do zamachów. W jednej z poznańskich firm internetowych kupił np. lont do odpalania ładunków. Firma ta została objęta śledztwem polskiego
ABW.
Jak wynika z manifestu internetowego Breivika "2083. Europejska Deklaracja Niepodległości", motywem ataków w Oslo i Utoi była najprawdopodobniej chęć zemsty na rządzącej lewicy za to, że dopuściła do islamizacji kraju. Zgodę władzy na wieloetniczne społeczeństwo i ułatwianie emigracji zamachowiec traktował jako zdradę. - Nienawidzi wszystkich, którzy wierzą w demokrację i wartości Zachodu. Opowiada, że mamy początek wojny, która potrwa 60 lat - opowiadał w lipcu o motywach Breivika jego adwokat.
Zamachy wstrząsnęły Europą i Norwegią. Do 22 lipca Norwegowie żyli w przekonaniu, że ich ojczyzna nad fiordami to najlepsze miejsce na świecie, gdzie wszyscy - niezależnie od pochodzenia i koloru skóry - są równi, w miarę zamożni i bezpieczni. Zamachy umocniły pozycję lewicy, która przekonuje, że polityka otwartości i tolerancji jest najlepszą odpowiedzią na "mowę nienawiści".
Po tym morderstwie w całej Europie zaczęła się debata na temat przeciwdziałania prawicowym ekstremistom i utrudnień w dostępie do broni. Szybko jednak się skończyła, ginąc w cieniu kryzysu strefy euro.