Według prestiżowego moskiewskiego Ośrodka Jurija Lewady, który co tydzień bada nastroje przed zapowiedzianymi na 4 grudnia wyborami, dziś na Jedną Rosję głosowałoby 51 proc. obywateli, czyli o 9 proc. mniej niż podczas wcześniejszego sondażu.
Rośnie natomiast popularność komunistów (teraz - 20, tydzień wcześniej - 17 proc.) i nacjonalistów Władimira Żyrinowskiego (14 i 11 proc.). Nadzieja na przełamanie 7-proc. bariery i wejście do Dumy pojawiła się także u stworzonej przez Kreml, a potem odrzuconej przez władze Sprawiedliwej Rosji, która wcześniej liczyć mogła jedynie na 5 proc. głosów. Podskoczyła też popularność (z 1 do 4 proc.) demokratycznej partii Jabłoko.
Dwa pozostałe dopuszczone do udziału w wyborach ugrupowania, czyli Słuszna Sprawa i Patrioci Rosji, w walce o Dumę liczyć się nie będą.
Jeśli nastroje się nie zmienią, to 450-osobowej izbie partia władzy będzie mieć już tylko 252 posłów, a nie 315, jak dziś. Ugrupowanie posłusznie wykonujące każde polecenie Kremla straci więc swą konstytucyjną większość pozwalającą mu na samodzielne przyjmowanie uchwał we wszelkich sprawach.
W Dumie przybędzie natomiast komunistów (z 57 dziś do 99) i żyrinowców (z 40 do 67). Posłów Sprawiedliwej Rosji byłoby w niej 32 (dziś 38).
Ośrodek Jurija Lewady jest uważany za najlepszą na terytorium byłego ZSRR instytucją badającą nastroje społeczne. W przeszłości to właśnie jego socjologowie najdokładniej przewidywali wyniki wyborów. Tak więc wyniki ostatniego sondażu stanowią poważne ostrzeżenie dla partii władzy, tym bardziej że badacze z innych rosyjskich ośrodków również zauważają spadek poparcia dla Jednej Rosji.
Sytuacja jest tym gorsza, że Jedna
Rosja nie może liczyć na to, że w staraniach o mandaty pomogą jej wysokie notowania premiera i prezydenta.
Władimir Putin i
Dmitrij Miedwiediew bowiem również tracą popularność. Działalność szefa rządu akceptuje teraz 61 proc. Rosjan, a to o 5 proc. mniej niż przed tygodniem. Również odchodzący gospodarz Kremla stracił 5 proc. i dziś pozytywnie ocenia go 57 proc. wyborców.
Rosjanie stają się coraz bardziej zmęczeni pustą i tą samą od lat retoryką złożonej z funkcjonariuszy państwowych Jednej Rosji. Coraz więcej ludzi zgadza się z internetowym bojownikiem z korupcją Aleksiejem Nawalnym, który nazywa partię władzy "partią żulików i złodziei".
Sondażowy zimny prysznic nieźle jednak wpływa na pewnych siebie i zadufanych przywódców Jednej Rosji. Przed grudniowymi wyborami zapowiedzieli oni, że partia władzy zachowa się jak prawdziwe ugrupowanie polityczne i pierwszy raz weźmie udział w publicznych debatach z konkurentami. Rosjanie będą więc przynajmniej mogli zobaczyć, jak ludzie Jednej Rosji, a wśród nich będą też wicepremierzy i ministrowie, tłumaczą się ze swoich decyzji i panującej w kraju sytuacji. Szkoda tylko, że ani Putin, ani Miedwiediew, który zajmuje pierwsze miejsce na federalnej liście kandydatów Jednej Rosji, nie wezmą udziału w publicznej konfrontacji z konkurentami.
Partia władzy nie byłaby sobą, gdyby o głosy nie walczyła również za pomocą nieuczciwych sztuczek. Wczoraj okazało się, że plakaty wyborcze Jednej Rosji rozwieszone właśnie w stolicy są prawie identyczne z tymi, za pomocą których moskiewska komisja wyborcza od ponad miesiąca wzywa do udziału z głosowaniu. Prominenci Jednej Rosji zapewniają, że to przypadek. Ich oponenci oskarżają komisję wyborczą o działanie na rzecz partii władzy.