Lekarz Michaela Jacksona jest winny jego śmierci - orzekło 12 przysięgłych w procesie w Kalifronii. Kary dla doktora Conrada Murraya sędzia jeszcze nie ustalił
Fot. JASON REDMOND REUTERS
Przed sądem zgromadziły się setki fanów piosenkarza
Przysięgli, czyli siedmiu mężczyzn i pięć kobiet, naradzali się od piątku - w sumie przez dziewięć godzin - z przerwą na weekend. - Winny! - ogłosili wczoraj po południu, po 866 dniach od śmierci króla popu i po 24 dniach procesu, wywołując łzy jego rodziny na sali rozpraw i entuzjazm jego fanów przed budynkiem sądu w Los Angeles.
Doktor Murray jest zatem winny nieumyślnego zabójstwa, za co grozi mu do czterech lat więzienia i utrata licencji lekarskiej. Sędzia ogłosił, że 29 listopada ustali wymiar kary i do tego czasu odesłał skazańca do aresztu. Prośba o zwolnienie za kaucją została odrzucona.
Przysiegli uznali, że Murray dopuścił się rażących zaniedbań, które doprowadziły do śmierci pacjenta. Jako środek nasenny podawał Jacksonowi propofol, silny środek znieczulający stosowany tylko przez anestezjologów przed poważniejszymi operacjami, wyłącznie w warunkach szpitalnych. Sekcja zwłok wykazała, że zatrucie tym lekiem było bezpośrednią przyczyną śmierci.
Gwiazdor sam domagał się propofolu, który nazywał "swoim mleczkiem", ponieważ wiosną 2009 roku był wyjatkowo zestresowany. Co wieczór wracał z prób w hali Staples w Los Angeles, gdzie szykował się do wielkiego powrotu w serii koncertów w Londynie, i nijak nie potrafił zasnąć. Doktor Murray, który występował w roli niani, miał utrudnione zadanie, ponieważ Jackson był lekomanem i uodpornił się na zwykłe środki nasenne. Dlatego lekarz podawał mu coraz wymyślniejsze kombinacje leków psychotropowych. Feralnej nocy 25 czerwca 2009 roku, Murray zaaplikował Jacksonowi kolejno valium, lorazepam, midazolam, lifokainę i propofol.
Zdaniem prokuratury niebagatelny w całej sprawie jest fakt, że opiekując się Jacksonem lekarz jednocześnie kontaktował się przez telefon - dzwoniąc lub esemesując - z kilkoma zaprzyjaźnionymi striptizerkami z Las Vegas (poznawanie pracownic nocnych klubów było jego hobby; wyrywał je na przechwałki, że jest osobistym lekarzem króla popu). Właśnie gawędząc z jedną z nich zorientował się, że pacjent nie oddycha. Zamiast jednak natychmiast wezwać karetkę, zadzwonił po ochroniarzy Jacksona i rozpoczął skrajnie nieudolną - jak zeznawali świadkowie - reanimację (naciskał klatkę piersiową jedną ręką, a nie dwiema; co gorsza umierający pacjent leżał na miękkim łóżku, a nie na twardej podłodze). Przybyłym ochroniarzom kazał Murray pochować fiolki z lekarstwami, i potem dopiero zadzwonić po karetkę.
- To skandal, że zwlekał ponad 20 minut z wezwaniem pomocy - mówił dr Steven Shafer, autor ulotki o propofolu, powołany przez prokuraturę na biegłego. Jego zdaniem Murray rażąco naruszył zasady etyki lekarskiej, a jego relacje z Jacksonem były chore. Zamiast klasycznej relacji "lekarz-pacjent" wytworzył się układ "pracownik-pracodawca". Murray, który zarabiał u króla popu 150 tys. dolarów miesięcznie, był gotów spełniać najgłupsze i skrajnie ryzykowne żądania pacjenta, żeby tylko utrzymać posadę.
Doktor Murray ma 58 lat. Urodził się na Grenadzie, a dzieciństwo spędził na Trynidadzie. Do Ameryki przyjechał w 1980 roku. Studiował medycynę w Teksasie, a w 1999 roku otworzył praktykę w Las Vegas. Tam kilka lat temu poznał Jacksona - leczył jedno z jego dzieci. Wiosną 2009 roku 50-letni gwiazdor zaproponował mu posadę osobistego lekarza na okres prób i koncertów w Londynie. Murray pracował dla niego ponad dwa miesiące, ale nie miał jeszcze podpisanego kontraktu (a bardzo potrzebował pieniędzy na striptizerki i spłatę licznych długów).
Obrońcy starali się przekonać przysięgłych, że ostatniej nocy Jackson obudził się kiedy lekarz był w łazience i sam zaaplikował się sobie śmiertelną dawkę propofolu. Murray był ich zdaniem tylko "małą rybką w wielkim, brudnym stawie" - jedyną, która ma teraz ponieść karę za serią błędów lekarzy, otoczenia i rodziny gwiazdora. To nie Murray, tylko jego poprzednicy uzależnili Jacksona od propofolu i zmienili go w półprzytomnego lekomana. Do samej śmierci gwiazdor odwiedzał regularnie dr Arnolda Kleina, dermatologa, który aplikował mu końskie dawki przeciwbólowego demerolu (co potwierdzają kartoteki z jego gabinetu; ale w chwili śmierci Jackson nie miał we krwi demerolu).
Dr Shafer zeznał, że jest niemal niemożliwe, żeby pacjent obudził się i sam zaaplikował sobie dodatkowy propofol. - A nawet jeśli, to każda kropla tego leku w zasięgu ręki Jacksona obciąża jego lekarza! - mówił.
Nawet jeśli dr Murray zostanie 29 listopada skazany na więzienie, zapewne niedługo posiedzi za kratkami. Więzienia w Kalifronii są przepełnione i powszechną praktyką jest odsyłanie skazańców do aresztu domowego, szczególnie jeśli nie używali przemocy.