http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

USA mogą rozmawiać z mułłą Omarem

Wojciech Jagielski
2011-11-04, ostatnia aktualizacja 2011-11-06 12:06

Nie potrafiąc pokonać afgańskich partyzantów, a jednocześnie chcąc jak najszybciej wyplątać się z wojny, Amerykanie gotowi są na układy z emirem talibów mułłą Omarem ściganym przez nich listem gończym

Hillary Clinton i afgański prezydent Hamid Karzaj podczas wizyty sekretarz stanu USA w Kabulu
AP/ Kevin Lamarque, Poo
Hillary Clinton i afgański prezydent Hamid Karzaj podczas wizyty sekretarz...
SERWISY
- Nasza taktyka w Afganistanie da się streścić w słowach: walka, rozmowy i odbudowa - powiedział "Gazecie" amerykański ambasador w Kabulu Ryan Crocker. Tę samą frazę pod koniec października - podczas podróży do Afganistanu i Pakistanu - powtarzała szefowa dyplomacji USA Hillary Clinton.

W ostatnich latach Amerykanie wierzyli, że walcząc z afgańskimi partyzantami, uda im się ich rozgromić tak, by jedynym wyjściem dla nich było złożenie broni i bezwarunkowe uznanie rządu prezydenta Hamida Karzaja.

Dlatego wzorując się na doświadczeniach z Iraku, w 2010 r. prezydent Barack Obama podesłał do Afganistanu dodatkowe 30 tys. żołnierzy, żeby przechylili szalę zwycięstwa. Amerykanom nie udało się jednak rozbić ani talibów, ani sprzymierzonych z nimi partyzanckich armii rodu Hakkanich czy Gulbbudina Hekmatiara.

Nie rezygnując z dalszych walk, Waszyngton uznał, że konieczne może okazać się podjęcie z przywódcami rebelii rozmów o pokoju. Zdarzeniem, które przekonało ich o tym ostatecznie, było wrześniowe zabójstwo byłego prezydenta Afganistanu Burhanuddina Rabbaniego, zamordowanego we własnym domu przez zamachowca udającego emisariusza partyzantów. Rabbani na życzenie Karzaja prowadził od kilku lat rozmowy z rebeliantami, usiłując przekabacić ich na stronę rządu.

Pod koniec października Hillary Clinton potwierdziła, że emisariusze USA spotkali się z wysłannikami zarówno talibów, jak i armii Hakkanich. Oficjalnie jej przywódcą pozostaje Dżalaluddin Hakkani, bohater i weteran wojny z Armią Radziecką z lat 80. W tamtych czasach cieszył się poparciem Amerykanów, prezydent Ronald Reagan gościł go w Białym Domu i stawiał za wzór bojownika o wolność i demokrację.

Dziś stary i schorowany Hakkani ustąpił przywództwo synom, a po amerykańskiej inwazji na Afganistan w 2001 r. niezmiennie odrzucał oferty Zachodu, by przejść na stronę Karzaja i zostać jego premierem lub zastępcą. Pozostał nie tylko wiernym sojusznikiem talibów, ale w ostatnich latach jego wojsko wyrosło na najgroźniejszą z armii partyzanckich.

Hakkani cieszą się też niezmiennie wsparciem Pakistanu, który liczy, że dzięki nim ustanowi przyjazny sobie rząd w Kabulu, gdy wycofają się stamtąd Amerykanie. Grożąc wstrzymaniem pomocy gospodarczej i wojskowej, Waszyngton próbował w tym roku kilka razy zmusić Islamabad do wypowiedzenia przyjaźni Hakkanim i spacyfikowania ich kryjówek w Waziristanie Północnym, krainie przy granicy z Afganistanem. W październiku Pakistan jednoznacznie oznajmił, że na wojnę przeciwko Hakkanim nie wyruszy.

Amerykanie zażądali wtedy, by Islamabad przekonał talibów i Hakkanich do rozmów. Mówiła o tym pod koniec października w Kabulu Hillary Clinton, zgodził się z nią też Karzaj.

Szefowa dyplomacji USA przyznała, że to przedstawiciele pakistańskich władz zorganizowali Amerykanom spotkanie z bratem Dżalaluddina Hakkaniego Ibrahimem. Ale nadzieje Waszyngtonu na to, że przy pomocy Pakistanu uda mu się dogadać z Hakkanimi i podzielić afgańskich partyzantów, rozwiał syn Dżalaluddina Siradżuddin, głównodowodzący rodowej armii. Odpowiedział Amerykanom, że jeśli chcą rozmawiać o pokoju, to jedynie z przywódcami talibów z Najwyższej Rady w Kwecie. W tym pakistańskim mieście od ponad 10 lat działa rząd talibów na wygnaniu.

To samo powtórzyli Clinton prezydent Pakistanu Asif Ali Zardari i dowódca armii gen. Pervez Aszfak Kajani. Dlatego, wyjeżdżając z Islamabadu, szefowa amerykańskiej dyplomacji oznajmiła, że jakiekolwiek poważne rokowania mają szanse powodzenia tylko wtedy, jeśli będą prowadzone z najwyższą radą talibów.

Przewodniczy jej mułła Omar, który był też przywódcą talibów w latach 1996-2001, gdy rządzili oni Afganistanem. Przez Amerykanów mułła Omar uznawany jest za zbrodniarza, a za jego głowę wyznaczyli 10 mln dol. nagrody.

- To decyzja ważna i dobra - mówi o rozmowach z talibami Thomas Ruttig, jeden z najwybitniejszych znawców Afganistanu i były niemiecki dyplomata. Ruttig nie wierzy jednak, by USA kiedykolwiek udało się tak osłabić partyzantów, by zgodzili się przystać na negocjacje na zachodnich warunkach.

W tym roku amerykańscy dyplomaci już trzykrotnie, w Katarze i Niemczech, spotykali się z wysłannikami mułły Omara, ściganego przez USA listami gończymi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1