Paryska siedziba satyrycznego tygodnika "Charlie Hebdo" została spalona na kilka godzin przed ukazaniem się numeru poświęconego arabskiej wiośnie. Na okładce miał się znaleźć prorok Mahomet
Pożar w redakcji wybuchł o 1 w nocy. Świadkowie opowiadają o dwóch mężczyznach, którzy wrzucili przez okno koktajle Mołotowa i uciekli. - Nie wiem, jak uda nam się przygotować gazetę na następną środę. Wszędzie jest popiół, komputery nie działają, system elektryczny się spalił - opowiada redaktor naczelny tygodnika, znany jako Charb.
Dziennikarz nie ma wątpliwości, że powodem ataku jest ostatni numer "Charlie Hebdo", który miał się ukazać w środę. Jest on w całości poświęcony arabskiej wiośnie i zwycięstwu w tunezyjskich wyborach islamskiej partii An Nahdy (Odrodzenie).
Pod wpływem niedawnego oświadczenia szefa libijskich władz tymczasowych, że źródłem prawa w Libii będzie szariat, tygodnik zmienił nazwę na Charia (czyli Szariat) Hebdo. Gościnnym redaktorem wydania jest prorok Mahomet, który "napisał" wstępniak. Mahomet znalazł się też na okładce wydania - brodaty mężczyzna w turbanie grozi palcem i mówi: "Sto batów, jeśli nie umrzecie ze śmiechu!". W środku jest kilka kolejnych karykatur proroka, m.in. z czerwonym nosem klauna.
Kiedy gazeta ujawniła temat wydania i okładkę, odezwały się głosy krytyczne zarzucające jej prowokację i bluźnierstwo. Do redakcji zaczęły przychodzić setki e-maili z pogróżkami, podobne wiadomości były umieszczane na profilach na Facebooku i Twitterze. W nocy hakerzy włamali się też na stronę internetową tygodnika i umieścili na niej zdjęcia Mekki i napis: "Nie ma Boga prócz Allaha".
Wszystkie groźby zostały przekazane policji. - Robimy to co zwykle. Jedyną różnicą jest to, że w tym tygodniu Mahomet jest na okładce. A to się zdarza dość rzadko - tłumaczy Charb.
Tygodnik nie pierwszy raz naraził się muzułmanom. Na początku 2006 r. gazeta, w ślad za wieloma innymi europejskimi tytułami przedrukowała z duńskiego dziennika "Jyllands-Posten" karykatury Mahometa. Na jednym z obrazków Mahomet ma na głowie turban z tlącym się lontem, na drugim przyjmuje w raju zamachowców i narzeka: "Przestańcie, kończą nam się dziewice".
Publikacja wzbudziła wściekłość muzułmanów, bo pokazywanie podobizn proroka jest surowo zabronione. W zamieszkach w krajach arabskich zginęło według różnych szacunków od 50 do 200 osób. Kilka radykalnych ugrupowań zapowiedziało zemstę na twórcach karykatur za obrazę proroka. Na słowach się nie skończyło, bo 1 stycznia 2010 r. do mieszkania twórcy rysunków Kurta Westergaarda włamał się z siekierą i nożem Somalijczyk i usiłował karykaturzystę zabić. Na szczęście próba była nieskuteczna i mężczyzna odsiaduje teraz dziewięcioletni wyrok.
We wrześniu zeszłego roku w kopenhaskim hotelu wybuchła bomba przeznaczona dla redakcji dziennika, a w grudniu policja zatrzymała pięciu mężczyzn, którzy planowali kolejny atak.
Konsekwencje druku karykatur dla "Charlie Hebdo" ograniczyły się do procesu sądowego. Gazeta została w 2006 r. pozwana przez dwie francuskie organizacje islamskie. Rok później wydawca tygodnika został uniewinniony.
- Po raz pierwszy zostaliśmy zaatakowani fizycznie. Nie damy się i nie odpuścimy - zapowiada Charb.