Od lat grupy zabójców przysyłanych z Rosji rozprawiają się za granicą z szukającymi tam schronienia dowódcami podziemia czeczeńskiego. Zabójstwa mają swój specyficzny algorytm. Czas to piątek - dla muzułmanów dzień modlitwy. Miejsce - okolice któregoś z meczetów w obcym mieście, gdzie wierni gromadzą się na świąteczną liturgię. A narzędziem likwidacji celu stał się pistolet maszynowy Groza wypuszczany przez zakłady zbrojeniowe w Tule dla oddziałów specjalnych GRU, czyli wywiadu wojskowego.
Proceder ten opisała para młodych Rosjan - Irina Bogoran i Andriej Sołdatow - w książce "Nowa szlachta. Zarys historii FSB" poświęconej rosyjskiej Federalnej Służbie Bezpieczeństwa. Wkrótce do księgarń w Moskwie trafi drugie wydanie tej książki. Moskiewscy wydawcy odważyli się drukować ją dopiero wtedy, gdy ukazała się w
USA i zrobiła tam furorę.
Łubianka początkowo nie zwracała uwagi na "Nową szlachtę...". Kiedy jednak książka zbliżyła się do szczytu moskiewskich list bestsellerów, internetowa sieć sprzedaży literatury OZON dostała pismo od FSB z żądaniem przekazania danych o wydawcach. Księgarze zrozumieli aluzję i wycofali "Nową szlachtę..." ze sprzedaży.
Stambuł16 września br. trzej Czeczeni, Rustam Altemirow, Zaurbek Amrijew i Berg-Harz Musajew po piątkowej modlitwie wychodzili z meczetu w centrum Stambułu. Nie bacząc na tłum ludzi podbiegł do nich ciemnowłosy mężczyzna i strzelając z automatu w plecy, zabił całą trójkę na miejscu.
Zabici należeli do dwutysięcznej kolonii Czeczenów, którzy w ostatnich latach znaleźli schronienie w mieście nad Bosforem. Wielu z nich utrzymuje kontakty i wspomaga podziemie walczące z siłami federalnymi na Kaukazie Północnym.
Zabity we wrześniu Musajew jest uważany za zastępcę Doku Umarowa, przywódcy ruchu Emirat Kaukaski. Altemirow i Amrijew według służb rosyjskich brali udział w przygotowaniach do styczniowego zamachu na moskiewskim lotnisku Domodiedowo, gdzie terrorysta samobójca, wysadzając się w powietrze, zabił 37 przypadkowych osób.
Policja turecka, jak piszą tamtejsze gazety, twierdzi, że egzekucję pod meczetem przygotowała grupa złożona z ośmiu lub dziewięciu ludzi, którzy zaraz po zamachu opuścili kraj.
Śledczym udało się wpaść na ślad jednego z nich. W pokoju hotelu w centrum Stambułu znaleźli noktowizor, amunicję oraz rosyjski paszport i prawo jazdy wydane na nazwisko 55-letniego Aleksandra Żarkowa. Dokumenty zostały wypisane na autentycznych blankietach zaopatrzone w autentyczne pieczęcie, ale jak twierdzą media rosyjskie, żadna z uprawnionych do tego instytucji rosyjskich ich nie wystawiła.
Człowiek o nazwisku Żarkow, jak piszą stambulskie gazety, we wrześniu był w Turcji nie pierwszy raz. Kiedy bywał w tym kraju w poprzednich latach, zawsze ginął tu któryś Czeczenów związanych z podziemiem kaukaskim.
W ostatnich latach w samym tylko Stambule zginęło sześciu uchodźców z niespokojnej republiki.
We wrześniu 2008 r. w mieście zginął Gazi Edilsułtanow uznawany w Moskwie za terrorystę. Cztery miesiące później nieznani sprawcy zabili na stambulskiej ulicy czeczeńskiego komendanta polowego Islama Kanibekowa ściganego przez prokuraturę rosyjską za zabójstwo 30 osób i zorganizowanie kilku zamachów terrorystycznych.
Dwa lata temu również tutaj zabito Ali Osajewa, emisariusza Doku Umarowa w Turcji.
BakuJeszcze dziewięć lat temu, kiedy relacje między Rosją a Azerbejdżanem były napięte, w tym ostatnim kraju doszło do skandalu. W Baku została zatrzymana grupa agentów rosyjskiej FSB legitymujących się fałszywymi dokumentami i zaopatrzonych w sprzęt do podsłuchu. Władze deportowały zatrzymanych.
W 2007 r. diaspora czeczeńska w Azerbejdżanie zwróciła się do ONZ z prośbą o pomoc i obronę. Uchodźcy twierdzili, że czują się zagrożeni przez przysyłane z Rosji szwadrony śmierci. Opisali tragiczne losy Rusłana Elijewa, który został porwany w tym mieście i nic nie było wiadomo o jego losach, póki pięć miesięcy później jego zmasakrowane ciało nie zostało odnalezione w lesie w pobliżu czeczeńskiej wsi Samaszki.
Skarga do ONZ nie zmieniła jednak sytuacji. 18 listopada 2007 r. znowu w Baku został zastrzelony Imran Gazijew, zastępca szefa przedstawicielstwa Iczkerii (tak czeczeńscy zwolennicy niepodległości nazywają swoją republikę) w Azerbejdżanie.
Eksperci uważają, że Azerowie po tych tragicznych wydarzeniach ugięli się przed Rosjanami. "Ambasada" Iczkerii w Azerbejdżanie została zamknięta. Funkcjonariuszom rosyjskich służb specjalnych pozwolono działać na terytorium kraju.
KatarSelimchan Jandarbijew, były prezydent Iczkerii, zginął w piątek 13 lutego 2004 r. Bombę podłożyło trzech Rosjan pod
samochodem, którym po południowej modlitwie w meczecie w centrum Dauhy, stolicy Kataru, miał odjechać do domu razem z 13-letnim synem.
Jak ustaliła miejscowa
policja, a potem potwierdził sąd - zamach przeprowadzili Aleksandr Fetisow, pierwszy sekretarz ambasady Rosji w Katarze, oraz Anatolij Jabłoczkow i Wasilij Pugaczow, którzy specjalnie zostali przysłani z Moskwy. Rozkaz zabicia Czeczena uważanego w Moskwie za organizatora ataku terrorystycznego na teatr na moskiewskiej Dubrowce jesienią 2002 r. miał wydać sam minister obrony (dziś wicepremier) Siergiej Iwanow.
Władze w Dausze pozwoliły legitymującemu się paszportem dyplomatycznym Fetisowowi wyjechać za granicę, kiedy Rosjanie zatrzymali na lotnisku w Moskwie przejeżdżających tranzytem z Białorusi przez Rosję do Serbii dwóch członków olimpijskiej reprezentacji Kataru. Postawili im absurdalny zarzut współpracy z podziemiem czeczeńskim.
Do wymiany sportowców, którzy siedzieli w moskiewskim więzieniu, na dyplomatę zamachowca doszło po telefonicznej rozmowie ówczesnego prezydenta Władimira Putina z emirem Kataru, który obiecał, że Fetisow będzie mógł wrócić do Rosji.
Jabłoczkow i Pugaczow zostali skazani w Katarze na dożywocie, ale w grudniu 2004 r. wrócili do kraju aby odsiadywać wyrok w ojczyźnie.
Na rządowym lotnisku Wnukowo pod Moskwą witano ich jak bohaterów.
Przedstawiciele rosyjskich władz więziennych pytani dziś, gdzie są ludzie odpowiedzialni za śmierć Jandarbijewa i ciężkie ranienie jego 13-letniego syna, odpowiadają: - U nas ich nie ma.
Przeczytaj też "Rosyjskie służby nie chcą być gorsze od Mosadu"