Prezydent
Barack Obama ujawnił w piątek, że kilka dni temu podpisał rozkaz wyjazdu stu żołnierzy do Ugandy. Mają tam pełnić rolę doradców w walce z Bożą Armią Oporu - jednym z najbrutalniejszych ugrupowań partyzanckich na kontynencie.
Wojciech Jagielski opisywał na łamach "Gazety Wyborczej" Bożą Armię Oporu tak:
"Jak dotąd nikt nie potrafił poskromić Bożej Armii, której przywódców ONZ i Międzynarodowy Trybunał Karny z Hagi uznały za winnych zbrodni przeciw ludzkości. Katoliccy misjonarze z północnej Ugandy, gdzie przed ćwierć wiekiem powstała, przekonywali mnie, że wbrew imieniu, które nosi, jest ona dziełem szatana. Składa się niemal wyłącznie z porwanych niegdyś
dzieci, które wyrosły na partyzantów. Dowodzi nimi dobiegający dziś pięćdziesiątki Joseph Kony. Utrzymuje on, że jest mesjaszem zesłanym na ziemię, by zaprowadzić boże porządki. W prowadzonej przez niego od ponad 20 lat wojnie zginęło ok. 100 tys. ludzi, a blisko 2 mln straciło dach nad głową."
Wielu działaczy praw człowieka w
USA od dawna apelowało do Obamy, by włączył się do pościgu za Kony i jego armią. Wysłani do Afryki żołnierze to niemal na pewno oficerowie sił specjalnych, przeszkoleni właśnie do tego, by wspomagać swą wiedzą i doświadczeniem siły zbrojne sojuszników Ameryki.
Sto to niewielka liczba, ale Obama nie chciał w piątek wykluczyć, że w razie potrzeby wyśle do Afryki kolejnych żołnierzy.