Porozumienie w sprawie stacjonowania wojsk w Afganistanie nie będzie miało charakteru traktatu międzypaństwowego wymagającego zatwierdzenia przez Kongres
USA i afgański parlament, lecz zwykłej umowy podpisanej przez prezydentów.
Pozwoli ona Amerykanom korzystać z kilku baz, w których będzie mogło stacjonować nawet do 50 tys. żołnierzy. Umowa nie będzie zresztą regulować liczebności wojsk USA - decydować o tym będzie Waszyngton. Nie będzie też określać, jak długo amerykańscy żołnierze będą stacjonować w bazach. Formalnie będą one należeć do armii afgańskiej, co ma uchronić prezydenta Hamida Karzaja przed krytyką rodaków reagujących alergicznie na obecność obcych wojsk.
Amerykanie będą stacjonować w podkabulskim Bagramie, największej bazie wojennej w Afganistanie, a także w Kandaharze i Dżelalabadzie nad granicą z Pakistanem, w Szindandzie przy granicy z Iranem i Mazar-e Szarif na granicy z Uzbekistanem.
Potwierdzeniem tego jest choćby fakt, że mimo redukcji 100-tys. kontyngentu USA już w tym roku i zapowiedzi wycofania go do końca 2014 r., bazy, które już przypominają spore ufortyfikowane miasteczka, są wciąż rozbudowywane i unowocześniane. Powstają w nich pasy startowe i hangary dla myśliwców, śmigłowców i bezzałogowych samolotów szpiegowskich, a także baraki dla żołnierzy.
Przedstawiciele władz USA zaprzeczają, by zabiegali o bazy w Afganistanie. - Nie potrzebujemy żadnych stałych baz - zapewniała latem w Kabulu szefowa dyplomacji Hillary Clinton, a we wrześniu powtórzył to ambasador Ryan Crocker. Przedstawiciele Pentagonu przyznają jednak, że Amerykanie zachowają "stały dostęp" do tych baz, w których stacjonują już dziś, a które po 2014 r. zostaną przekazane Afgańczykom.
Utrzymanie baz wojennych i wojsk (formalnie jako doradców, instruktorów i personel obsługujący samoloty zwiadowcze) jest jedyną szansą dla ubiegającego się o reelekcję Baracka Obamy, by dotrzymać obietnicy wycofania żołnierzy z Afganistanu i nie wyjść z tamtej wojny jako przegrany. Pozostawieni w Afganistanie amerykańscy komandosi, piloci i obsługa samolotów bezzałogowych mają gwarantować, że w Kabulu nie rozpanoszą się talibowie, lecz utrzyma się prozachodni rząd Karzaja lub jego następcy.
Z afgańskich baz Amerykanie mogliby też przeprowadzać naloty i zbrojne rajdy na pogranicze Pakistanu, będące dziś głównym zapleczem rebeliantów.
Ustanowienia baz wojennych USA chcieli neokonserwatyści poprzedniego prezydenta republikanina George'a Busha, za którego rządów w 2001 r. zaczęła się afgańska wojna.
Jeden z neokonserwatystów, były ambasador w Indiach Robert Blackwill przekonuje, że jeśli nie uda się pokonać partyzantki, jedynym ratunkiem dla rządu w Kabulu i dla Zachodu będzie faktyczny podział Afganistanu na przyjazną północ oraz zajęte przez talibów południe i pogranicze z Pakistanem. W ten sposób partyzanci zostaliby zamknięci na ziemiach plemion pasztuńskich (to z nich głównie pochodzą talibowie), które siły USA i afgańska armia mogłyby z baz na północy atakować.
Amerykańskich baz w Afganistanie chce też prezydent Karzaj, który doskonale wie, że bez wsparcia zachodnich wojsk nie utrzyma się długo u władzy. Bardziej niż własny los (zawsze może wyjechać zagranicę) niepokoi go przyszłość kraju, który po wycofaniu zachodnich wojsk w 2014 r. znów pogrążyłby się w wojnie domowej. Karzaj uznał, że zgoda na amerykańskie bazy będzie najlepszym sposobem związania USA z Afganistanem i zabezpieczeniem przed nawrotem bratobójczych walk.
Pamiętając jednak o alergii rodaków na obcą okupację, a nawet wszelkie próby ingerencji, Karzaj w zamian za bazy chce od Amerykanów wytargować jak najwięcej. Domaga się więc, by USA utrzymywały półmilionową afgańską armię (Kabulu nie będzie na to stać), a także uzbroili ją w najnowocześniejszą broń z samolotami F-16 i czołgami Abrams (Waszyngton się na to nie zgadza). Chce też pisemnych gwarancji inwestycji. - Celem Zachodu nie jest już Afganistan dostatni, ale jedynie stabilny. My mamy inne priorytety - mówi Aszraf Ghani, główny afgański negocjator w rozmowach z Waszyngtonem.
Afgańczycy chcą też, by amerykańscy żołnierze w ich kraju podlegali miejscowym prawom, żeby nie wolno im było utrzymywać własnych więzień i przetrzymywać w nich branych do niewoli partyzantów. Karzaj chce również zabronić siłom USA przeprowadzania na własną rękę nocnych rajdów i pacyfikacji wiosek podejrzanych o ukrywanie talibów.
Co najważniejsze, Kabul nalega na gwarancję, że ze swoich baz Amerykanie nie będą prowadzić zbrojnych operacji przeciwko żadnemu z sąsiednich państw ani jakiemukolwiek krajowi w ogóle. Na ten ostatni warunek Waszyngton nie za bardzo chce się zgodzić.
Pozostawienie amerykańskich żołnierzy w Afganistanie wywołuje sprzeciw sąsiadów Afganistanu. Teheran uważa, że USA otaczają go swoimi bazami (mają je już w Iraku, Turcji, Azerbejdżanie i Arabii Saudyjskiej) i przygotowują się do inwazji na Iran rozbudowujący swój program nuklearny i rakietowy.
Z kolei
Rosja,
Indie i
Chiny nie życzą sobie Amerykanów w regionie, który przywykły uważać za własną strefę wpływów. Baz USA nie chcą nawet Pakistańczycy, najważniejsi sojusznicy Waszyngtonu w Azji Południowej, którzy woleliby uniknąć kolejnych upokarzających amerykańskich nalotów na pogranicze. Ministrowie Karzaja przyznają, że Teheran,
Moskwa i Islamabad już próbują wykorzystywać życzliwych sobie afgańskich polityków, by storpedować negocjacje z USA.
Pozostawienie amerykańskich baz utrudni rokowania pokojowe z talibami, którzy jako warunek wstępny stawiają wycofanie wszystkich obcych wojsk z kraju. Na wieść o negocjacjach Karzaja z Waszyngtonem partyzanci stwierdzili, że potwierdza to tylko ich przekonanie, iż celem USA jest dalsza okupacja kraju.
Waszyngton i Kabul chcą podpisać umowę o bazach i strategicznej współpracy wojskowej przed zapowiedzianą na grudzień międzynarodową konferencją o przyszłości Afganistanu, która odbędzie się w Bonn w dziesiątą rocznicę obalenia talibów i ustanowienia rządów Karzaja.