W niedzielę drogowa blokada stanęła pod miejscowością Banjska, na zachód od Mitrovicy, stolicy serbskiej enklawy w Kosowie. W przeciwieństwie do reszty kraju, który w 2008 r. ogłosił niepodległość, większość stanowią tu nie Albańczycy, lecz Serbowie, którzy Kosowo dalej uważają za serbską prowincję.
W niedzielę Serbowie zaprotestowali przeciwko zatrzymaniu dwóch cystern, wiozących paliwo z Serbii do Mitrovicy, przez żołnierzy międzynarodowych sił KFOR, którzy pilnują bezpieczeństwa w Kosowie od czasu zakończenia interwencji NATO w 1999 r. Cysterny wjechały do Kosowa przez zieloną granicę, a nie przez obsadzone przez KFOR przejście.
Blokadę usunięto w poniedziałek rano, gdy do Banjskiej ściągnięto polskich i portugalskich żołnierzy, którzy zaczęli otaczać protestujących zasiekami z drutu kolczastego.
Jeszcze niedawno dwie przekraczające granicę ciężarówki nie wywołałyby żadnych emocji, bo pilnowali jej opłacani przez Belgrad funkcjonariusze rekrutowani spośród serbskiej społeczności. A ci przymykali oczy na szmugiel. Tylko przemyt paliwa z Serbii, które jest potem sprzedawane na stacjach benzynowych w całym Kosowie, rocznie kosztuje Prisztinę 40 mln euro.
Pod koniec czerwca rząd w Prisztinie powiedział "dość" i ogłosił zakaz
importu towarów z Serbii (Belgrad od ogłoszenia niepodległości też zabraniał wwozu towarów z Kosowa). Po to, by go wyegzekwować, na serbsko-kosowskie pogranicze wysłano albańskich celników w asyście
policyjnych komandosów, którzy mieli siłą przejąć dwa istniejące na północy przejścia graniczne.
- Nie możemy tolerować tego, że część naszego kraju to czarne dziury - oświadczył premier Hashim Thaçi. Wybuchły zamieszki, zginął albański policjant, a na przejściach granicznych spalono baraki. Na miejsce ściągnięto wozy opancerzone KFOR, a kontrolę nad granicą przejęli żołnierze.
Serbowie zaczęli wówczas blokować drogi prowadzące na przejście. Po kilku tygodniach władzom w Belgradzie udało się przekonać rodaków, by wrócili do domów.
W piątek Belgradowi i Prisztinie udało się zawrzeć ważny kompromis - strony dogadały się, że na przejściach podróżnym wbijane będą stemple bez kosowskiego godła i napisu "Republika Kosowa" (byłyby to symbole niezależności, której
Serbia nie akceptuje), ale z napisem "Służba Celna Kosowa". Prisztina i Belgrad zapowiedziały też, że obydwa kraje będą mogły ze sobą handlować.
W poniedziałek kompromis odrzucili kosowscy Serbowie. - Rezultaty rozmów są dla nas tragiczne. To praktycznie zdrada - oświadczyli politycy w Mitrovicy. O nowych stemplach, a tym bardziej o obecności albańskich celników, nie chcą słyszeć. Tymczasem Prisztina zapowiedziała, że wkrótce znowu wyśle swoich ludzi na pogranicze. W Mitrovicy rozeszła się z kolei pogłoska, że celnicy to dopiero początek, bo komandosi albańskiej policji mają zająć też sądy i urzędy, by na miejsce serbskich urzędników wprowadzić ludzi wiernych Prisztinie.
Spór jest nie na rękę serbskiemu prezydentowi Borisowi Tadiciowi, który usilnie zabiega o to, by
Bruksela nadała jego pogrążonemu w kryzysie krajowi status kandydata do UE. Goszcząca w zeszłym tygodniu w Serbii niemiecka kanclerz Angela Merkel stwierdziła, że warunkiem zbliżenia z Unią będzie "wycofanie się Serbii z Kosowa", czyli skończenia z opłacaniem serbskiej administracji. - Nie zostawimy naszego narodu na pastwę losu - oświadczył na to Tadić. I dodał, że być może "opóźni to wejście Serbii do UE".