Jego życie to materiał na scenariusz filmu sensacyjnego. Mógłby się on na przykład zaczynać w kwietniu 1953 r. (miesiąc po śmierci Stalina).
Przed willą w Kcyni w północnej Wielkopolsce zatrzymuje się czarny Citroën Traction Avant. W strugach wiosennego deszczu wysiada z niego czterech dobrze zbudowanych panów w ciemnych płaszczach i szarych kapeluszach. Są z Urzędu Bezpieczeństwa z Warszawy. Przyjechali zrobić rewizję po donosie, że profesor Czochralski sprzedał ruiny swego warszawskiego domu przy ul. Nabielaka, podobno za milion złotych, a te wymienił na dolary i schował.
Tych nielegalnych dewiz szuka teraz bezpieka, ale zanim zabierze się do zrywania podłóg w najpiękniejszej (do dzisiaj) willi w Kcyni, wzburzony profesor słabnie i traci przytomność. Tajniacy sądzą, że symuluje, w końcu pozwalają zawieźć go do szpitala w Poznaniu. Za późno. Czochralski umiera na zawał serca. Ma 67 lat.
A może to nie była bezpieka, tylko bandyci? Możliwe. Jest jeszcze inna relacja - że serce profesora stanęło, kiedy wzburzony pogonił za jakimś chłopakiem, który wszedł do jego ogrodu.
Jak było naprawdę, nie wiadomo, a znaki zapytania dotyczą nie tylko śmierci, ale także wielu faktów z życia Jana Czochralskiego.
***
Doskonale udokumentowane są za to dzieje krzemowych tranzystorów, od których zaczęła się rewolucja w elektronice XX wieku. One mogą pojawić się w drugiej scenie filmu o Czochralskim. Kamera wędruje za ocean.
W tym samym czasie, kiedy umiera polski naukowiec, amerykańskiemu inżynierowi Gordonowi Tealowi z firmy Texas Instruments w Dallas w Teksasie udaje się wyhodować czyste monokryształy krzemu. Wkrótce posłużą do produkcji pierwszych układów scalonych, bez których dziś nie potrafimy sobie wyobrazić życia, które są sercem wszelkiej elektroniki, sterują pracą telewizorów, komputerów, telefonów, samochodów, robotów, wyrafinowanych kuchenek mikrofalowych i zwykłych zegarków.
Gordon Teal wyhodował krzem dzięki metodzie, którą wcześniej wymyślił Czochralski i która do dziś - po modyfikacjach - służy do produkcji półprzewodników dla całej światowej elektroniki.
O metodzie Czochralskiego (w literaturze oznaczanej po prostu CZ) słyszał chyba każdy fizyk czy chemik, ale niewielu kojarzyło go z konkretną osobą. Także w Polsce. Czochralskiego nie wymieniały podręczniki, nawet te dla szkół wyższych. Jeszcze w latach 60. zeszłego wieku nie było o nim nawet wzmianki w polskich kronikach techniki i encyklopediach (w radzieckiej figurował jako "czeski chemik").
Po drugiej wojnie światowej ten genialny uczony, wynalazca, profesor Politechniki Warszawskiej, został odsunięty od pracy naukowej i parał się rzemieślniczą produkcją pasty do butów, soli szybko peklującej, modnych wówczas proszków na katar, laku oraz płynu do trwałej ondulacji. Do dziś płyn do trwałej "na gorąco" powstaje według jego receptury.
Dopiero w 1998 r. na bezimiennym grobie w rodzinnej Kcyni pojawiła się tabliczka z jego nazwiskiem. Nie stawiano mu pomników, nie było ulic, placów ani szkół jego imienia, choć w literaturze światowej jest jednym z najczęściej wymienianych i cytowanych polskich uczonych.
Paweł Tomaszewski z Instytutu Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu, który od ćwierć wieku tropi jego losy, nazywa go "praojcem elektroniki", a inni widzą w nim nawet "Kopernika elektroniki".
***
Żaden film nie obejdzie się bez sceny w seminarium nauczycielskim w Kcyni. Jest rok 1904.
Młody Czochralski, ósmy syn niezamożnego stolarza, drze świadectwo dojrzałości na oczach swojego profesora, krzycząc: „Proszę przyjąć do wiadomości, że nigdy nie wydano bardziej krzywdzących ocen!”. Po czym opuszcza dom i bez matury rusza w świat.
Ale może lepsza będzie inna wersja scenariusza.
Janek znajduje na strychu stare polskie podręczniki do chemii, łapie bakcyla i zaczyna eksperymentować, mieszać substancje i czynić pirotechniczne fajerwerki, tak że w domu rodzinnym oraz u sąsiadów wylatują szyby. W końcu ojciec wyrzuca niesfornego młodzieńca z domu, bojąc się, że z dymem pójdzie cale gospodarstwo i prowadzony interes (nad oknami parterowego domku rodzinnego wisiał szyld po polsku i niemiecku: „Stolarnia budowli mebli i skład gotowych trumien. Oprawa obrazów”).
Kcynia znajdowała się wtedy pod zaborem pruskim. Dla głodnego wiedzy 19-letniego człowieka najbliżej było stamtąd do Berlina. Czochralski terminował tam u aptekarzy, poznawał dalsze tajniki chemii i szybko wypłynął na szerokie wody. W wieku 21 lat rozpoczął pierwszą naukową pracę w laboratorium firmy Kunheim & Co. Rok później pracował już w wielkim koncernie Allgemeine Elektrizitats Gesellschaft (AEG), gdzie objął stanowisko kierownika. Zajmował się wprowadzeniem aluminium do elektrotechniki, badał jakość i czystość stopów metali.
Podobno był wolnym słuchaczem na politechnice w Charlottenburgu koło Berlina, ale - co sprawdził Paweł Tomaszewski - nigdy tej uczelni nie ukończył. Tytuł starszego inżyniera, który otrzymał w 1910 r., był raczej związany ze stanowiskiem w AEG, a nie z dyplomem studiów. Nie miał formalnego wykształcenia, ale błyskawicznie wspinał się po szczeblach kariery.
Źródło: Gazeta Wyborcza