To kapsuła statku Wostok 3KA-2, w której pół wieku temu poleciał na orbitę i wrócił na Ziemię pierwszy na świecie kosmonauta Iwan Iwanowicz, któremu towarzyszył kundel Zwiezdoczka.
Zaraz, zaraz, a Jurij Gagarin? Podręczniki historii podają, że to on był pierwszym człowiekiem w kosmosie. I mają rację. Iwan Iwanowicz był manekinem. Startował trzy tygodnie przed lotem Gagarina. Była to rozstrzygająca próba, od której zależała decyzja, czy można już w miarę bezpiecznie posłać na orbitę człowieka.
25 marca 1961 roku Iwan Iwanowicz jeden raz okrążył kulę ziemską, jak potem Gagarin, i po 115 minutach pomyślnie wylądował na spadochronie w pobliżu miasta Iżewsk u podnóża Uralu. Katapultował się z okrągłej kapsuły na wysokości 7 km. Tak samo wracał z orbity Gagarin. Rosjanie nie mieli opracowanego systemu łagodnego lądowania, co z początku ukrywali, bo według kryteriów Międzynarodowej Federacji Lotniczej lot z takim zakończeniem - choć pionierski - mógł nie być uznany za w pełni udany i wpisany do księgi
rekordów.
Zwiezdoczka pozostała w kapsule aż do twardego zderzenia z ziemią, ale przeżyła - kilka dni później była gwiazdą na konferencji prasowej dla dziennikarzy w Moskwie. Obok siedziało też sześciu kandydatów na pierwszych kosmonautów, także Gagarin (to on ponoć nadał imię kundlowi, wcześniej wołano nań Udacza). Ale oczywiście nikt z obecnych na sali nawet nie podejrzewał, że ten przystojny porucznik lotnictwa za kilka tygodni poleci tam, skąd właśnie wróciła Zwiezdoczka (nawiasem mówiąc, nie wiedzieli tego także szefowie programu kosmicznego - ostateczną decyzję, kto poleci jako pierwszy, podjęto dopiero na dwa dni przed historycznym lotem).
Do miejsca lądowania Wostoka 3KA-2 nie było łatwo dotrzeć z powodu głębokiego śniegu. Ekipa inżynierów mająca zabrać statek, psa i manekina musiała użyć samolotu na płozach, a na koniec sań zaprzężonych w konia. Nim tam przybyli, teren otoczyło wojsko, co było powodem awantury z miejscową ludnością. Świadkowie lądowania nie mogli zrozumieć, dlaczego nikt nie ratuje spadochroniarza, który zdawał się leżeć bez przytomności. Żołnierze opanowali sytuację dopiero wtedy, kiedy dopuścili do Iwana jednego ze wzburzonych tubylców, by mógł dotknąć gumowej twarzy i przekonać się, że to tylko manekin.
Po pierestrojce i rozpadzie ZSRR pamiątki po radzieckim programie kosmicznym zaczęły opuszczać Rosję. Iwana Iwanowicza sprzedano na aukcji w Sotheby w 1993 r., kilka lat potem w prywatne ręce trafiła też kapsuła, w której manekin wylądował. To jedyny taki egzemplarz poza Rosją. Bliźniacza kapsuła Wostok, w której leciał Gagarin, nie będzie raczej wystawiona na sprzedaż. Znajduje się w muzeum pod Moskwą i jest własnością rosyjskiego kosmicznego koncernu Energia będącego spadkobiercą biura projektowego Sergieja Korolowa, twórcy radzieckiego programu kosmicznego.
Wostok 3KA-2 z zewnątrz jest osmolony po ostrym nurkowaniu w atmosferze i płonącym tarciu o powietrze. W środku jest niemal pusty, poza gołym siedzeniem nie ma niczego. Zanim w połowie lat 60. zeszłego wieku trafił do jednego z cywilnych instytutów jako egzemplarz treningowy, został wybebeszony ze wszystkich urządzeń. Na bazie Wostoków budowano bowiem satelity szpiegowskie, więc ich konstrukcja i oprzyrządowanie były okryte ścisłą tajemnicą.
Anonimowy właściciel teraz postanowił go sprzedać, bo zbliża się dogodny moment - 12 kwietnia mija okrągła 50. rocznica pierwszego lotu człowieka w kosmos. Według ekspertów Sothebys kapsuła osiągnie cenę od 2 do 10 mln dol.
Gdzie te pamiątki?
Prom Buran
Jedyny rosyjski prom kosmiczny - po jego pierwszym i zarazem ostatnim bezzałogowym locie w kosmos w 1988 roku - został zamknięty w hangarze na kosmodromie Bajkonur. Uległ zniszczeniu, kiedy dziewięć lat temu dach hangaru zawalił się ze starości. Jeden z prototypów Burana, które służyły do naziemnych testów, stoi dziś w moskiewskim parku Gorkiego. Inny trafił na Zachód - wypożyczył go australijski biznesmen, były astronauta Paul Scully-Power, i sprowadził do Australii. Miał być jedną z atrakcji olimpiady w Sydney w 2000 r., ale nie zrobił furory. Firma Australijczyka zbankrutowała, a Rosjanie nie chcieli promu z powrotem. W końcu kupił go przedsiębiorca z Singapuru i sprowadził do Bahrajnu, gdzie wiele lat stał na nabrzeżu. Trzy lata temu Burana zakupiło do swoich zbiorów niemieckie Technik-Museum Speyer.
Sputnik
Oryginalny pierwszy satelita Ziemi, wystrzelony 4 października 1957 r., nie przetrzymał podróży i spłonął w atmosferze. Rosjanie wykonali też egzemplarze zapasowe, które służyły do testowania satelity, zanim poleciał on w kosmos. Trafiły one potem do różnych muzeów w ZSRR, a po rozpadzie imperium - rozproszyły się po świecie. Nikt dziś nie wie, ile dokładnie wykonano replik do testowania, ale zapewne nie więcej niż cztery. Tymczasem blisko 20 muzeów na całym świecie twierdzi, że ma w swych zbiorach "oryginały" z czasów Chruszczowa. Chlubi się tym m.in. renomowane Smithsonian National Air and Space Museum w Waszyngtonie, a także Museum of Flight w Seattle, które kupiło Sputnika z rosyjskiego muzeum kosmonautyki za 100 tys. dolarów (tak drogo, bo z "rodowodem" - tj. certyfikatem podpisanym przez rosyjskiego dyrektora muzeum). Problem w tym, że oryginalny Sputnik był niezwykle prostą maszyną - kulą wykonaną ze stopu aluminium o średnicy 58 cm, z której wystawały cztery "wąsate" anteny. Budowa statku przebiegała w pośpiechu, bez żadnej dokumentacji i szkiców, tak że kopię można z powodzeniem wykonać w garażu i sprzedawać naiwnym za duże pieniądze.
>