Młodzi należeli do elit preinkaskiego imperium Wari, pierwszego o zasięgu panandyjskim, do którego tradycji odwoływali się później Inkowie, najbardziej znani Indianie andyjscy. Państwo Wari powstało w górach na południu dzisiejszego
Peru w 550-600 r. n.e. Funkcjonowało niecałe 500 lat. Podczas ekspansji na północ dotarło do terenów kultury Moche rozwijającej się od II do IX w. na północnym wybrzeżu dzisiejszego Peru. Tam, na stanowisku, które archeolodzy nazywają Castillo de Huarmey, ludzie Wari zostawili po sobie dużą osadę - z monumentalnymi budowlami pałacowo-świątynnymi i zespołem nekropoli. Badają je polscy i peruwiańscy naukowcy.
- To bardzo ciekawe miejsce, tygiel dwóch kultur - opowiada dr Miłosz Giersz z Instytutu Archeologii i Ośrodka Badań Prekolumbijskich Uniwersytetu Warszawskiego, który z dr Patrycją Prządką-Giersz kieruje wykopaliskami, współpracując z ekipą prof. Krzysztofa Makowskiego i Roberto Pimentela z Pontyfikalnego Uniwersytetu Katolickiego w Limie. - Z jednej strony jest najdalej na południe wysuniętym przyczółkiem Indian Moche, z drugiej - największą enklawą Wari na północy. Większość badaczy uważała do niedawna, że Wari nie podbili tego terenu.
Zajmujące ponad 45 ha Castillo de Huarmey znajduje się ledwie 900 m od głównego placu miasteczka Huarmey leżącego na trasie Autostrady Panamerykańskiej. Centralnym miejscem preinkaskiej osady jest zbudowana na wzniesieniu platforma z piramidą, zwana Castillo, otoczona ruinami budynków pałacowo-świątynnych i administracyjnych. Pod podłogami wszystkich budowli i na stoku wzniesienia są setki grobów. To niezwykłe miejsce powstało za życia ledwie kilku pokoleń Indian Wari.
Archeolodzy kontra rabusie Uczeni od dawna znali Castillo de Huarmey, ale go nie badali. Grabili je jednak złodzieje. Na początku XX w., a potem w latach 70. i 80., splądrowali oni dziesiątki grobów w poszukiwaniu cennych tkanin. - Obrabowane przez nich komory grobowe wyglądają, jakby ktoś wrzucił w nie odbezpieczony granat - opisuje dr Giersz.
Nietknięty grób "młodej pary" znajdował się na stoku wzniesienia. - Złodzieje nie trafili do niego, choć w pobliżu wykopali liczne tunele - mówi naukowiec.
Nie wiadomo, dlaczego ci młodzi ludzie zmarli. Ze śladów na kościach wynika, że choć należeli do elity, cierpieli na anemię i choroby zębów. Ich zmumifikowane ciała, w pozycji siedzącej, z nogami skrzyżowanymi "po turecku", złożone były w fardo, czyli bawełnianych tobołach grzebalnych. Mężczyzna ubrany był w bogate szaty w stylu Moche-Wari. - Pierwsze odkryte przez archeologów. Wcześniejsze znane były z rabunków - wyjaśnia dr Giersz. - Utkane zostały w technice typowej dla Moche, ale mają patchworkowe wstawki z barwionej na żywe kolory wełny lam, na których są figuratywne i geometryczne zdobienia charakterystyczne dla kilimów Wari.
Mężczyzna miał założone niezwykłe drewniane zausznice z wizerunkiem obejmujących się małp i pięknie tkany pas Wari. Kobieta, ubrana skromniej, wyposażona była w przęśliki, igły, zestaw zgręplowanej wełny i warsztat tkacki zdobiony motywem dwugłowego smoka typowym dla ikonografii Moche. - Pochówek jest w obrządku pogrzebowym Wari, choć w darach grobowych są elementy kulturowe obu tradycji - podkreśla dr Giersz. - Także grobowiec zbudowany był na planie andyjskiego krzyża o 12 rogach, a takie założenia nie były znane kulturom północnego wybrzeża.
Piramida na skale Monumentalne budowle Wari stawiane były na planie ortogonalnym. - Większe prostokątne parcele dzielono według planu na mniejsze - wyjaśnia dr Giersz. - W kulturze Moche nowe zabudowania przyrastały chaotycznie do głównej budowli.
Integralną częścią wszystkich budowli Indian Wari są komory grobowe. Co roku podczas każdej przebudowy powstawały nowe. - Te zabudowania nie mają analogii na północnym wybrzeżu Peru - mówi dr Giersz. - Tylko częściowo wykorzystano w nich cegły mułowe, stosowane przez ludność Moche. Głównymi materiałami były drewno i obrobione bloki kamienne - typowe dla tradycji górskich.
Znajdująca się w centrum osady piramida ma 200 m długości, 60 szerokości i ponad 20 wysokości. Archeolodzy natrafili w niej na labirynt przejść i wejść prowadzących do pomieszczeń związanych z kultem zmarłych. W jednym z nich odkryli nietknięte mauzoleum o wymiarach 10 na 10 m, podzielone na mniejsze pomieszczenia z niszami i komorami grobowymi pod podłogami. Większość była ograbiona przez złodziei. Ale między dwoma tunelami rabusiów zachowały się dwa pochówki - jeden nad drugim.
- Pierwsze fardo z ciałem dorosłego mężczyzny zostało w połowie wyciągnięte przez rabusiów. Przeoczyli jednak srebrną czarkę i inne grobowe dary znajdujące się w koszyku między nogami zmarłego. Czarka to niezwykła rzadkość i najwyższej klasy zabytek - cieszy się dr Giersz. - Umieszczona była w kilku miseczkach z tykwy, zdobionych pirografią i inkrustowanych muszlami. To prawdopodobnie najwcześniejsze znane z terenu andyjskiego naczynie wykonane z tak czystego srebra. Przedhiszpańscy Indianie cenili je - jako trudniejsze w pozyskaniu i obróbce - bardziej niż
złoto. Srebro uznawali też za łzy bogini księżyca, której kult dominował na wybrzeżu Pacyfiku.
Pod tym grobem był jeszcze jeden - najstarszy w mauzoleum - mężczyzny w podeszłym wieku. Po darach widać, że nie był zamożnym człowiekiem. W jego koszyku było tylko kilka muszli
Spondylus Princeps (mięczak z ciepłych wód Pacyfiku żyjący m.in. u wybrzeży dzisiejszego Ekwadoru). Te muszle były z kolei najważniejszą ofiarą wkładaną w Andach zmarłym do grobów. Uważano je za pokarm bogów. Z nich powstawały też najpiękniejsze wyroby jubilerskie - naszyjniki, pektorały.
Nie wiadomo, kim byli ci dwaj zmarli. - Pierwszy zapewne pochodził z elit. Drugi mógł być jednym z budowniczych piramidy, ale to tylko domysły - dodaje dr Giersz.
Ofiary z ludzi? Po południowej stronie piramidy archeolodzy odkryli ruiny zespołu pałacowo-świątynnego. Z zachowaną kolumnadą, zadaszeniem i głównym placem. - Z makiet znalezionych na innych nekropolach wiedzieliśmy, że takie konstrukcje powstawały, ale nikt nie wiedział gdzie - dodaje dr Giersz. - My je odkryliśmy. Zostały wzniesione na wcześniejszych budowlach Moche. Znaleźliśmy też ofiary fundacyjne. Na razie z ośmiu lam, ale pracowaliśmy tylko na małym fragmencie placu. Można podejrzewać, że ofiar ze zwierząt jest tam kilkadziesiąt. Obok mogą być ofiary z ludzi.
Budynki były także po stronie zachodniej piramidy. Wśród upraw szparagów, na niewielkim wyniesieniu, na którym nic nie chciało rosnąć. - Myśleliśmy, że to tylko jakaś część administracyjna, związana z produkcją różnych dóbr, obsługą kultu religijnego. Ale okazało się, że i tam pod podłogami są pochówki ludzkie - mówi dr Giersz. - Nie są w stylu Indian Wari. To groby szkieletowe, z ciałami ułożonymi w dziwnych pozycjach. Nie wiemy czyje. Chcemy to miejsce dokładnie badać wiosną tego roku.
Barierą są koszty. Na miesiąc wykopalisk w Castillo de Huarmey potrzeba ok. 20 tys. dolarów. Naukowcy starają się o pieniądze w różnych peruwiańskich instytucjach. Część funduszy chcieliby znaleźć także w Polsce.
Polak potrafi
W badaniach przedkolumbijskich kultur w Peru polska archeologia ma silną pozycję. Także w tzw. badaniach nieniszczących, które od czasu uchwalenia konwencji maltańskiej z 1992 r. są ważnym trendem w archeologii światowej.
W 2001 r. na prośbę archeologów z Uniwersytetu w Limie nasi naukowcy określili zasięg cmentarzyska Tablada de Lurin na przedmieściach stolicy, choć tego zadania nie podjęli się wcześniej Amerykanie. Teren był trudny: pod ziemią grube pokłady rud żelaza, na powierzchni skorupa pyłów z pobliskiej cementowni. Przez rudę przyrząd do badań geomagnetycznych "wariował", a z powodu pyłów łamały się końcówki sond urządzenia badającego przepływ prądu przez przypowierzchniowe warstwy ziemi.
Nasi archeolodzy wynajęli dwóch autochtonów, którzy, wyposażeni w młotki, przecinaki i wiadra z wodą, wybijali w ziemi co metr mały otwór i wlewali do niego po kubeczku wody. Prąd poszedł pod ziemię bez żadnego już oporu i uczeni mogli przebadać kilka hektarów cmentarzyska.
Dziewięć lat później Peruwiańczycy zaprosili Polaków do pomiarów zespołu stanowiska koło Huarmey na północ od Limy. Zadanie wykonała wspólna ekspedycja Instytutu Archeologii i Etnologii PAN oraz Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego pod kierownictwem prof. Krzysztofa Misiewicza. Posłużyła się precyzyjnym lokalizatorem GPS, ale też sprytnie przerobioną sondą geomagnetyczną i unikatowym zestawem do zdjęć "lotniczych". Składał się z latawca i układu sterującego zbudowanego z fragmentów dziecięcych zabawek na radio.
W dwa tygodnie powstała unikatowa dokumentacja fotograficzno-geodezyjno-geofizyczna kilkunastu hektarów wokół przedinkaskiej osady i zespołu cmentarzysk w Castillo de Huarmey. Zdjęcia pionowe z nałożoną na nie siatką warstwic i wynikami analizy geofizycznej są nieocenionym narzędziem dla archeologów. Kombinacja informacji o stanie powierzchni, jej kształcie i o tym, czego można się spodziewać pod ziemią, pozwoliła precyzyjnie zaplanować miejsce wykopalisk, które dostarczyły fascynujących odkryć.
Przemysław Urbańczyk, Instytut Archeologii i Etnologii PAN
>