Podobno nie zapalił od marca, ale wciąż nie przyznali oficjalnie, że udało mu się zerwać z nałogiem - piszą media. - Od co najmniej dziewięciu miesięcy nie byłem świadkiem niczego, co świadczyłoby, żeby zapalił - powiedział niedawno sekretarz prasowy Białego Domu Robert Gibbs. O kim mowa? Oczywiście, o prezydencie Baracku Obamie.
Po pierwszym oficjalnym badaniu prezydenta elekta lekarz Białego Domu wydał oświadczenie, że Obama jest okazem zdrowia - za wyjątkiem trochę podwyższonego stężenia cholesterolu, zapalenia ścięgna w lewym kolanie i okazjonalnego palenia papierosów. Od tego czasu dziennikarze śledzą walkę prezydenta z nałogiem.
- Nie twierdzę, że
Barack Obama nie jest już palaczem. Myślę, że gdy nadejdzie czas, on sam pierwszy wam o tym powie. Palenie nie jest czymś, z czego byłby dumny. Wie, że nie jest to dla niego dobre, nie znosi myśli, że o nałogu wiedzą amerykańskie dzieci, również jego własne - mówi Gibbs.
Wiadomo, że prezydent
USA wciąż żuje nikotynowe gumy.
Jeden papieros to o jeden za dużo Jednym z powodów wzrostu zainteresowania nałogiem Obamy jest z pewnością bardzo stanowczy w swojej wymowie raport naczelnego chirurga Stanów Zjednoczonych. Dr Regina M. Benjamin właśnie ogłosiła, że w USA pali co piąty dorosły obywatel, czyli w przybliżeniu 46 mln osób. Jak się szacuje, każdego roku papierosy przyczyniają się do śmierci 443 tys. Amerykanów, głównie z powodu chorób układu krążenia, raka płuc i przewlekłej obturacyjnej choroby płuc.
"Już jeden papieros może być śmiertelny", "Tytoniowy dym powoduje natychmiastowe zniszczenia" - w ten sposób amerykańskie media streszczają główne tezy raportu naczelnego chirurga. "Związki chemiczne zawarte w dymie błyskawicznie docierają do płuc. Już minimalna ich ilość - zawarta w jednym wypalonym papierosie lub nawet w dymie wdychanym przez biernego palacza - jest w stanie uszkodzić ludzkie DNA, co z kolei może przyczynić się do rozwoju raka" - pisze w raporcie dr Benjamin.
Dalej przekonuje, że co trzecia osoba, która próbuje papierosa, staje się w przyszłości codziennym palaczem. Zwraca również uwagę na to, że koncerny tytoniowe świadomie produkują wyroby, które uzależniają, oraz wypuszczają na rynek "nowości" reklamowane jako bezpieczniejsze dla zdrowia, choć wcale takie nie są. - Dodatkowe podatki, nakładanie zakazów - to sposoby walki z papierosami. Upowszechniać też należy metody leczenia nałogu tytoniowego - podsumowuje dr Benjamin.
Zadymione bloki Szczególną troskę naczelnego chirurga USA budzi problem ochrony dzieci przed szkodliwymi skutkami palenia. Raport zbiegł się w czasie z publikacją pracy pokazującej, że nie jest to wcale łatwe. "Wielu rodziców bardzo stara się, by ochronić swe dzieci przed dymem nikotynowym. Wielu z nich na pewno zdziwiłoby się, gdyby ktoś im powiedział, że choćby nie wiem jak się starali, nigdy nie będą mieli nad tym pełnej kontroli" - pisze w najnowszym "Pediatrics" Karen Wilson, profesor pediatrii z Uniwersytetu w Richmond. Wraz z kolegami z Harvardu postanowiła sprawdzić, jak na zagrożenie dziecka dymem tytoniowym wpływa to, gdzie ono mieszka.
Wilson przeanalizowała wyniki badania krwi ponad 5 tys. dzieci w wieku 6-18 lat. Konkretnie chodziło o zawartość kotyniny - substancji powstającej podczas rozkładu nikotyny w organizmie człowieka (stężenie kotyniny jest uważane za najczulszy wskaźnik tego, jak bardzo dany człowiek narażony jest na szkodliwy wpływ dymu tytoniowego). Trzeba też wspomnieć, że w rodzinach tych dzieci nikt nie palił papierosów, a jeżeli już, to zawsze wychodził na powietrze.
Okazało się, że kotyninę wykryto u ponad 84 proc. dzieci i nastolatków mieszkających w blokach i apartamentowcach. W szeregowcach odsetek ten wynosił 80 proc., a w domach wolno stojących - 70 proc.
Po uwzględnieniu wszystkich czynników, m.in. wieku i zamożności, uczni doszli do wniosku, że dzieci mieszkające w blokach są aż w 45 proc. bardziej narażone na szkodliwe działanie dymu nikotynowego niż rówieśnicy żyjący z rodziną w domu wolno stojącym.
"Dotychczas mówiono głównie o tym, że bierne palenie u dzieci bierze się z tego, że mają kontakt z osobami, które paliły na zewnątrz, ale przynosiły ze sobą dym, choćby na ubraniu. Teraz okazuje się, że równie silnym źródłem biernego palenia mogą być ściany i korytarze bloków czy wspólne systemy wentylacyjne. Dla nas to przesłanka, by zacząć mówić o blokach wolnych od tytoniu, czyli o wprowadzeniu zakazu palenia nawet w prywatnych mieszkaniach" - piszą autorzy pracy.