Prawie na pewno tak pomyślał każdy, kto przeczytał artykuły pojawiające się na ten temat w prasie. Dlatego też chciałbym podjąć próbę wytłumaczenia, dlaczego doszło do ich odstrzału do celów naukowych. Nie pochwalam zabijania zwierząt. Czy możliwe jest jednak, aby wyniki tak kontrowersyjnych badań mogły okazać się na tyle cenne, by w przyszłości móc na ich podstawie podjąć działania zmierzające do zapewnienia populacji łosi przetrwania?
Zacznijmy od początku. W Polsce zaledwie kilkanaście łosi przetrwało II wojnę światową w rezerwacie Czerwone Bagno (obecnie w obrębie Biebrzańskiego Parku Narodowego - BPN). Według naukowców z Instytutu Biologii Uniwersytetu w Białymstoku wywodząca się z tych kilkunastu osobników populacja łosi, która obecnie zasiedla dolinę Biebrzy, może być reliktem dawnego holoceńskiego zasięgu tego gatunku.
Udana introdukcja łosi z Białorusi do Kampinoskiego Parku Narodowego oraz imigracja zwierząt zza wschodniej granicy Polski sprawiły, że łoś stał się w Polsce gatunkiem pospolitym i w roku 1980 jego populacja przekroczyła sześć tysięcy osobników. Niestety, pod koniec lat 80. i w latach 90. XX wieku nastąpiło drastyczne załamanie populacji łosi w Polsce.
Nie można było dopuścić, by ten wspaniały gatunek ssaka na samym początku XXI wieku miał ponownie stać się gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Dlatego też minister środowiska w roku 2001 wprowadził moratorium na odstrzał łosi. Decyzja ta przyniosła zamierzone efekty, ponieważ od roku 2001 liczba łosi systematycznie zaczęła rosnąć i według statystyk w roku 2007 przekroczyła sześć i pół tysiąca osobników. Najwięcej jest ich we wschodniej Polsce, gdzie żyje około 70 proc. ogółu całej populacji, a w samym Biebrzańskim Parku Narodowym jest ich 600-650 sztuk.
Powinno rosnąć, a nie rośnie Kilka lat temu rozpoczęliśmy badania genetyczne łosi, wykorzystując jako źródło do analiz DNA fragmenty tkanek pochodzące od łosi padłych wskutek np. kolizji komunikacyjnych. Okazało się, że u większości łosi z doliny Biebrzy badany odcinek DNA był identyczny, co oznacza, że wskutek czynników działających na nią w przeszłości doszło do znacznego obniżenia poziomu zmienności genetycznej. Fakt ten może zagrażać potencjałowi ewolucyjnemu tej populacji.
Ministerstwo Środowiska zwróciło się do naszego zespołu badawczego z zapytaniem o możliwość opracowania "Strategii ochrony i gospodarowania populacją łosia w Polsce" dzięki finansowaniu przez NFOŚiGW. Realizację badań rozpoczęliśmy w lipcu 2009 roku i zaplanowaliśmy w taki sposób, aby można było uzyskać wyniki metodami nieinwazyjnymi, tj. bez zabijania badanych zwierząt.
W lutym 2010 r. liczyliśmy łosie w dolinie Biebrzy: studenci i naukowcy razem z pracownikami Biebrzańskiego Parku Narodowego, nadleśnictwa Knyszyn i Rajgród. I chociaż maszerowaliśmy, zapadając się w śniegu prawie po pas, to łosie policzyliśmy. To właśnie wtedy napis "Łoś - superktoś" na swojej kamizelce odblaskowej umieściła jedna z pięćdziesięciu osób biorących udział w liczeniu łosi.
Potwierdził się wynik stwierdzony przez pracowników BPN, że od kilku lat, pomimo obowiązywania moratorium na odstrzał łosi, wielkość populacji łosi w tym parku nie rośnie. Co więcej, wykazaliśmy, że liczba łoszaków (młodych łosi) przypadających na jedną klępę [samicę łosia] jest niemal dwukrotnie niższa niż w latach 90. XX. wieku. Musiały więc zaistnieć jakieś czynniki, które zahamowały wzrost populacji. Może to być np. obniżona płodność samic, efekty działania patogenów lub wyczerpywanie się bazy żerowej zimą i inne czynniki. Wiemy też, że stagnacja liczebności łosi w BPN nie wynika z ich emigracji do innych obszarów, np. do pobliskiej Puszczy Augustowskiej, bo przeczą temu wyniki naszych badań genetycznych. Jeśli dodamy do tego, że pod koniec kilku ostatnich zim odnotowywane były upadki łosi z niewyjaśnionych przyczyn, istnieją podstawy do uzasadnionego niepokoju o kondycję zdrowotną tej cennej populacji.
Może być za późno W sytuacji gdy przy braku presji łowieckiej przyczyny zahamowania wzrostu liczebności populacji pozostają nieznane, planowanie działań, które miałyby zapewnić trwałość występowania łosi w Polsce, może okazać się praktycznie niemożliwe. Z jednej strony decyzja o podjęciu badań inwazyjnych obarczona jest odpowiedzialnością moralną: jak bardzo zaszkodzimy populacji, jeśli w celu wyjaśnienia przyczyn spadku rozrodczości zabijemy część należących do niej osobników? Z drugiej - nie decydując się na ten krok, ponosimy ryzyko, że zaproponujemy działania nieskuteczne, a za kilka-kilkanaście lat może być już za późno na naprawę popełnionych wskutek niepełnych przesłanek błędów.
Niestety, choć postęp techniczny jest ogromny, to wciąż nie wszystkie badania zwierząt można wykonać przyżyciowo. Nawet żubr, który jest w Polsce gatunkiem chronionym i dużo mniej licznym niż łosie, jest obiektem badań naukowych, do których materiał pozyskuje się poprzez odstrzał określonej grupy osobników.
Diagnostyka obrazowa nie jest w stanie na dzień dzisiejszy sprawdzić, czy np. narządy płciowe poddane badaniu ultrasonograficznemu nie mają zmienionej patologicznie mikrostruktury. Na to pytanie odpowiedzieć nieomylnie może jak dotąd jedynie badanie histopatologiczne, a to, niestety, wiąże się ze śmiercią osobnika.
Wykonane przez nas symulacje komputerowe wykazały, że jeśli z populacji łosi w dolinie Biebrzy jednorazowo ubędzie wskutek odstrzału mniej niż 8-9 proc. jej stanu, to taki ubytek nie powinien mieć wpływu na funkcjonowanie tej populacji. Do badań naukowych zostało odstrzelonych w listopadzie 2010 roku 46 łosi, w tym 20 z doliny Biebrzy (z wyłączeniem Biebrzańskiego Parku Narodowego). Stanowi to odpowiednio 0,6 proc. liczby łosi w Polsce według stanu na rok 2007 (planowano 1,4 proc.) oraz około 3 proc. biebrzańskiej populacji łosi (planowano 5,9 proc.). Fakt pozyskania łosi przez odstrzał w bezpośrednim sąsiedztwie Biebrzańskiego Parku Narodowego, gdzie bytuje reliktowa populacja, musi dziwić. Jednak to właśnie w tej populacji zachodzą niekorzystne procesy i dzięki odstrzałowi możliwe będzie ich zidentyfikowanie. Pozwoli to opracować takie metody działań, które zapewnią biebrzańskiej populacji, i innym populacjom łosi w Polsce, ciągłość ich trwania przez dziesiątki czy setki pokoleń.
Dla przyszłych pokoleń Nie były planowane do odstrzału klępy prowadzące bliźnięta oraz byki łopatacze i półłopatacze jako osobniki cenne dla populacji. Dzięki pozyskanym materiałom przeprowadzane już są badania histologiczne i patologiczne organów rozrodczych, nerek, wątrób, płuc oraz innych narządów. Wykonane zostaną także badania parazytologiczne [na obecność pasożytów] ze szczególnym uwzględnieniem częstości i stopnia zarażenia bąblowicą, która według wstępnych ustaleń występuje u przynajmniej niektórych z odstrzelonych łosi.
Z sytuacji, która przewija się w mediach, można wyciągnąć wniosek, że w tak ważnej dla ochrony przyrody sprawie jedna osoba była w stanie podjąć decyzję o odstrzale łosi. Każdy, kto orientuje się w procedurach i przepisach prawnych, wie, że było to niemożliwe. W całe przedsięwzięcie zaangażowanych było kilkanaście osób z różnych środowisk i instytucji. Jako naukowcy dwukrotnie konsultowaliśmy tą kwestię z Komitetem Ochrony Zwierząt przy Państwowej Radzie Ochrony Przyrody (PROP) oraz bezpośrednio z PROP, która pozytywnie zaopiniowała wniosek o odstrzał łosi. Pozytywną opinię wydały również Lasy Państwowe. Dopiero wtedy Ministerstwo Środowiska wyraziło zgodę na odstrzał łosi do celów naukowych.
Całkowicie zgadzam się z opinią osób pragnących chronić przyrodę w naszej ojczyźnie, że łoś ma w sobie niezaprzeczalne piękno i majestat króla bagien. Jednak, jako naukowcy, chcielibyśmy, aby działania mające służyć zachowaniu łosia w Polsce dla przyszłych pokoleń, analogicznie jak w przypadku żubra, mogły być oparte na rzetelnych, naukowych podstawach. Dlatego był ten odstrzał. I wiem, że w ostatecznym rachunku uda się opracować i wdrożyć skuteczną strategię ochrony i gospodarowania populacją łosia w Polsce. Trzymajmy wszyscy za to mocno kciuki!
* Dr hab. Mirosław Ratkiewicz jest Kierownikiem Projektu w Instytucie Biologii Uniwersytetu w Białymstoku
>