Wchodzę ostatnio do Empiku, jednego z największych w Warszawie, zaglądam na półkę podpisaną "naukowe" - i co widzę? Obok świetnych popularyzatorów nauki - Stephena Hawkinga ("Krótka historia czasu"), Richarda Dawkinsa ("Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa"), Andrzeja K. Wróblewskiego ("Historia fizyki") - jest tam także niejaka Lynne McTaggart, autorka dzieła "Pole. W poszukiwaniu tajemniczej siły Wszechświata". Obok jest też "Teoria pola" znakomitego Lwa Landaua, ale oba dzieła nie mają z sobą nic wspólnego.
Pole, o którym pisze pani McTaggart, pochodzi raczej z powiedzenia "wywieść w pole", czyli na manowce pseudonauki. Nawet nie chcę się domyślać, dlaczego na tej samej półce w Empiku wylądował też "Obrzęd" Matta Baglio - o opętaniu i tajnikach działania współczesnych egzorcystów. Wolę wierzyć, że to tylko przypadek.
Nie lepiej jest w księgarniach internetowych. Na przykład w Merlinie pod kategoriami "fizyka" i "biologia" znajduje się "Luka szczęścia" Andrzeja Brodziaka opatrzona krótką notką: "Czytelnik będzie zupełnie zbulwersowany tym, że można połączyć obiegowe koncepty spirytualne z wiedzą o funkcjonowaniu DNA, neurofizjologią, problemem świadomości i fizyką kwantową".
Jeszcze do niej nie zajrzałem, a już czuję się zbulwersowany - że ktoś ją zaliczył do nauki. Z jakiej racji?
Najprostsze wyjaśnienie tego pomieszania znalazłem na samym końcu naukowej półki w Empiku - w fascynującej "Historii świata w sześciu szklankach" Toma Standage'a (na szczęście nie wylądowała w dziale "przemysł szklarski"). To spojrzenie na świat poprzez pryzmat tego, co ludzie pijali - od piwa, wina po mocniejsze alkohole, kawę i herbatę. Znakiem naszych czasów jest coca-cola. Może jej nadmiar niektórym zaszkodził?
Źródło: Gazeta Wyborcza