http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Po powodzi, przed powodzią

prof. Zbigniew W. Kundzewicz
2010-11-09, ostatnia aktualizacja 2010-11-09 13:03

Fot. Piotr Augustyniak / Agencja Gazeta

Wzmocnić zabezpieczenia, dostosować się do "życia z powodzią" lub na trwałe opuścić tereny zagrożone - oto sposoby na nękające nas powodzie

ZOBACZ TAKŻE
Dawno opadły wielkie wody polskich rzek. Temat przestał istnieć w mediach. Skończyły się wizyty dygnitarzy. Pozostają zniszczenia, których usuwanie zajmie lata. Pozostaje pamięć ofiar i traumatycznych scen, które dotkniętych przez powódź nawiedzać będą w nocnych koszmarach do końca życia. Tykanie zegara odmierza czas po ostatniej powodzi, ale także czas przed następną.

Dlaczego ryzyko rośnie?

Powodzie są problemem globalnym i człowiek nigdzie nie radzi sobie z nimi zadowalająco. Na wzrost zniszczeń powodziowych wpływa szereg czynników. Ludzi na świecie przybywa w tempie ok. 80 milionów rocznie, więc wkraczają (w krajach rozwijających się - masowo) na tereny zagrożone, które nie powinny być zamieszkane. Szacuje się, powódź zagraża 10 mln ludzi mieszkających wzdłuż Renu, a potencjał strat sięga tam 165 mld euro.

Wzrasta koncentracja obszarów miejskich. Lasy i pola uprawne ustępują miejsca asfaltowi i betonowi. Spadek możliwości naturalnego magazynowania wody i wzrost powierzchni nieprzepuszczalnej powodują, że wysokie przepływy rzeczne wywołane ulewnymi deszczami pojawiają się szybciej i są wyższe. Koryta rzek zostały zmodyfikowane - wyprostowane i skrócone, ujęte w ciasny gorset obwałowań. Wielka woda nie ma się gdzie rozlać, nie czyniąc szkody.

Zmiany klimatyczne mogą zwiększać ryzyko powodzi, poprzez wzrost intensywności opadów w cieplejszym klimacie. Wprawdzie ryzyko powodzi roztopowych zmniejsza się wraz ze spadkiem grubości pokrywy śnieżnej, jednak rośnie zagrożenie spowodowane deszczami późnojesiennymi i zimowymi.

W XX w. w Europie powodzie zabiły ponad 9 tys. ludzi. Szczególnie dotkliwe straty materialne zanotowano w sierpniu 2002 r. Nam się wtedy udało. Ogromne opady (nawet 353 mm w ciągu 24 godzin) wystąpiły w dorzeczu Łaby, blisko zlewni górnej Odry.

Co możemy zrobić?

Zabezpieczenia przed powodzią obejmują trzy kategorie działań: wzmacnianie zabezpieczeń technicznych (obwałowania, zbiorniki retencyjne), dostosowanie się do "życia z powodzią", lub trwałe opuszczenie terenów zagrożonych.

Środki techniczne osłony przeciwpowodziowej znane są od tysiącleci i do dziś pozostają podstawą ochrony. Magazynowanie wody w zbiorniku pozwala wyrównać czasowy rozkład przepływów, poprzez redukcję szczytu fali powodziowej i zwiększenie niskich stanów.

Ponieważ powodzie rodzą się w zlewniach rzek, tam winny być skoncentrowane działania. Trzeba "złapać" wodę z obfitego deszczu, nie dopuszczając, by szybko dopłynęła do rzek. Pożyteczne są wszelkie formy zwiększenia możliwości magazynowania wody - również przez rozwój małej retencji i polderów, kształtowanie roślinności i zwiększanie przepuszczalności powierzchni.

Zakaz budowy na tarasach zalewowych winien być rygorystycznie przestrzegany. Budowle w międzywalu nie tylko są zagrożone powodzią, ale też utrudniają odprowadzanie wielkich wód.

Podejmuje się próby poprawy jakości i zwiększenia horyzontu czasowego prognoz. Trudno jest prognozować gwałtowne wezbranie w górach spowodowane ulewą, bo strumień wzbiera bardzo szybko. Zupełnie inna jest skala czasowa ruchu wielkich mas wodnych w dużej rzece, który może trwać tydzień i więcej. Wówczas mamy czas na podjęcie działań.

Gdyby siedziby ludzkie w ogóle nie powstały na zagrożonych terenach nadrzecznych, nie byłoby problemu. Skoro jednak ludzie i infrastruktura już tam są, zapewnienie im osłony przeciwpowodziowej jest trudne i kosztowne. Rozwiązaniem godnym polecenia (choć nie zawsze i nie wszędzie realnym) jest zejście z drogi żywiołowi i trwałe opuszczenie zagrożonych terenów tam, gdzie nie da się zapewnić odpowiedniego zabezpieczenia. Po wielkiej powodzi w USA w 1993 r. wprowadzono program wykupu nieruchomości, z którego skorzystały tysiące rodzin mieszkających na zagrożonych terenach zalewowych. Jednak gotowość ludzi do opuszczenia miejsc wysokiego ryzyka maleje wraz z upływem czasu po powodzi - odbudowa następuje w tym samym, niebezpiecznym, miejscu.

Fakty i mity

Pożyteczną koncepcją umożliwiającą porównanie skali powodzi jest określenie częstości wystąpień wezbrań. Termin "woda stuletnia" oznacza poziom (lub przepływ) wody w rzece, który jest osiągnięty lub przekroczony średnio raz na 100 lat. Prawdopodobieństwo, że w ciągu jednego roku wystąpi taki lub wyższy poziom wody, wynosi 1 proc. Niektórzy naiwnie wierzą, że powodzie następują okresowo, tzn. że termin "powódź stuletnia można interpretować dosłownie - skoro niedawno zdarzyła się taka powódź, to następna przyjdzie za cztery pokolenia. Tymczasem ekstrema procesów losowych mogą wystąpić częściej lub rzadziej, a jeśli już zdarzy się powódź, prawdopodobieństwo szybkiego nawrotu znacznie rośnie. Nasycenie zlewni wodą powoduje bowiem, że wilgotna "gąbka" nie wchłania kolejnych opadów, które spływają do rzek.

W ostatnich dekadach zegar powodziowy znacznie przyspieszył i ta tendencja raczej utrzyma się w przyszłości, więc obecna "woda 100-letnia" w przyszłości zdarzy się częściej. Analiza obszaru dynamicznej urbanizacji w USA pokazuje, że dawna woda 1000-letnia stała się w ciągu zaledwie półwiecza wodą 10-letnią.

Innym mitem jest przekonanie, że systemy osłony zapewniają absolutne bezpieczeństwo. Obwałowania są tak projektowane, by przy właściwej eksploatacji wytrzymywały np. wodę stuletnią. Jeśli jednak zdarzy się woda jeszcze większa, np. 300-letnia, obwałowanie może zawieść. Wał projektowany na powstrzymanie wody 300-letniej byłby droższy, ale też nie wystarczyłby, gdyby pojawiła się woda 1000-letnia. Obwałowania dobrze chronią przed wezbraniami średniej wielkości, ale jeśli powódź przerywa wał, zniszczenia są większe, niż byłyby bez obwałowań. Fałszywe poczucie bezpieczeństwa prowadzi bowiem do wzrostu potencjału strat na terenach za obwałowaniami.

Powódź uruchamia ambitne plany przeciwdziałania, ale w miarę upływu czasu bez powodzi, pamięć słabnie. Zmniejsza się gotowość do ponoszenia kosztów i plany wzmocnienia systemu osłony ulegają okrojeniu czy zawieszeniu. Następny kataklizm uruchamia kolejny cykl.

Co dalej?

Są dwie kategorie ostrzeżeń przed powodzią. Prognoza informuje o tym, kiedy w określone miejsce przyjdzie powódź i jakie będą poziom wody i powierzchnia zalana. Jeśli ostrzeżenie jest wydane wcześnie, można podjąć ewakuację mieszkańców czy wzmocnić obwałowania.

Inna kategoria ostrzeżeń, kierowanych do decydentów, dotyczy długofalowych zmian ryzyka powodziowego. Wraz z urbanizacją rosną przepływy rzeczne odpowiadające określonemu opadowi. Wraz z ociepleniem intensywne opady stają się częstsze i silniejsze, więc wysokie stany rzek powszednieją. Aby utrzymać pożądany poziom zabezpieczeń, trzeba wzmocnić system osłony. Robią tak Niemcy, Anglicy i Holendrzy.

Dyrektywa powodziowa Unii Europejskiej zobowiązuje wszystkie kraje członkowskie do przeprowadzenia oceny zagrożenia powodziowego oraz przygotowania map ryzyka i potencjalnych strat. Celem Dyrektywy jest poprawienie bezpieczeństwa w krajach Unii, poprzez "zarządzanie ryzykiem".

Sąsiedztwo rzeki niesie ze sobą ryzyko. Poziom osłony powinien być powszechnie akceptowanym kompromisem między pożądanym stanem bezpieczeństwa i tym, na co nas stać. Między mieszkańcami terenów zalewowych i resztą społeczeństwa istnieje konflikt interesów. Zagrożeni chcieliby poprawy zabezpieczeń, ale płacić muszą wszyscy. Trudno jest uzasadnić wysokie wydatki na wzmocnienie obwałowań chroniących dobra o niewielkiej wartości bezwzględnej, nawet jeśli są one dorobkiem całego życia właścicieli.

Staramy się powstrzymać powodzie za pomocą obwałowań. Musimy jednak zagospodarowywać doliny rzeczne adekwatnie do zagrożeń i naprawiać błędy z przeszłości, związane z niewłaściwą lokalizacją budynków. Warto zwiększać retencję na wszelkie sposoby, oddając rzekom miejsca, na które mogłyby bezpiecznie wylać. Jeśli obwałowanie zostanie przerwane, uniknięcie strat jest wprawdzie niemożliwe, ale trzeba je ograniczyć. Ochronę przed powodzią widzieć można jako element większej (i wymagającej działań naprawczych) całości - gospodarowania zasobami wodnymi Polski.

Zbigniew W. Kundzewicz jest profesorem nauk o Ziemi, członkiem korepondentem PAN i przewodniczącym Komitetu Badań nad Zagrożeniami przy Prezydium PAN. Pracuje w Instytucie Środowiska Rolniczego i Leśnego PAN oraz w Poczdamskim Instytucie Badań nad Konsekwencjami Zmian Klimatu

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    16 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':