Tak musiał wyglądać świat krótko po narodzinach. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu dzikich zwierząt co pierwszego poranka na sawannie w kenijskim Rezerwacie Narodowym Masai Mara. Tysiące gnu wszędzie naokoło, blisko, daleko, czarne kropki na wzgórzach. Brykają, pasą się. Wśród nich gazele, zebry, strusie. Tu i ówdzie kroczy żyrafa, śmiesznie podnosząc jednocześnie dwie lewe nogi, a potem dwie prawe. Słonie spacerują inaczej - najpierw idzie lewa tylna noga, potem lewa przednia. I tak samo z prawej. Są też szakale, hieny, sępy, marabuty. Tu i ówdzie wylegują się lwy obserwowane czujnie przez roślinożerców. Lwy przypominają mojego kota. Przewalają się z boku na bok, wylegują wygodnie na plecach, bawią się.
Leniwie płynie strumyk. 20 samochodów terenowych zatrzymało się w jednym miejscu. W cieniu samotnej gardenii relaksują się trzy młode gepardy. I znowu te kocie zabawy. Jeden bok, drugi, plecy, ja cię gonię, ty uciekasz. Potem wspólne wylizywanie się. Chciałoby się podejść, pogłaskać, podrapać. Najszybszego zwierzaka lądowego świata, który w kilka sekund potrafi przyspieszyć prawie do 120 km/godz. Kici, kici.
Zwierzęta nie boją się ludzi, tutaj nie wolno polować. Za to ludzie mają respekt dla zwierząt.
Ciężko to wszystko ogarnąć, ciężko zaakceptować. Jeździ się
autem, patrzy, ale dopiero po chwili człowiek zdaje sobie sprawę, w jak niezwykłym miejscu się znalazł. I wtedy się zachłystuje. Gasną silniki samochodów, słychać... ciszę. Czasem tylko odezwą się wszędobylskie gnu. Ko-ko, tok-tok: "Dzisiaj ty idziesz do krokodyli", "Nie, ja jutro, dzisiaj ty".
Roślinożercy, drapieżcy i padlinożercy Gnu (po angielsku nazywane "wildebeest", czyli z języka afrykanerskiego - "dzikie bestie") są fundamentem ekosystemu obejmującego parki narodowe Serengeti w północnej Tanzanii i Masai Mara w południowej Kenii. Czy raczej inaczej - gnu jest najwięcej, ale podstawą tak naprawdę jest trawa. Kiedy kończy się w jednym miejscu, zwierzęta migrują gdzie indziej, tam, gdzie niedawno spadł deszcz. W tym nieustającym cyklu życia i śmierci po sawannie krąży prawie 1,5 mln gnu, 350 tys. gazeli Thomsona, 200 tys. zebr, 12 tys. elandów (gatunek antylopy). Wędrując, zwierzęta te wkraczają na terytoria 250 tys. innych roślinożerców. A także wielu drapieżników (i padlinożerców), które są oczywiście z tego powodu przeszczęśliwe. Zadowoleni są też, rzecz jasna, turyści, którzy mogą to wszystko oglądać.
Najbardziej dramatycznym punktem owej wielkiej migracji jest przeprawa przez rzekę Mara w Kenii, niedaleko granicy z Tanzanią. Rzeka nie jest ani specjalnie szeroka, ani wartka, ale sprawia trudność młodym zwierzętom, a po ulewnych deszczach potrafi zmienić się w poważną przeszkodę także dla dorosłych. No i mieszkają w niej krokodyle.
Gnu i zebry dobrze o tym wiedzą, dlatego długo wstrzymują się z przeprawą. Podchodzą do stromych brzegów i cofają się, znowu podchodzą i znowu w tył zwrot. Z przeciwległej strony nawołują te zwierzęta, które przeszły wcześniej. Aż znajduje się jeden odważny byk i ciągnie za sobą resztę stada. Dziesiątki gnu i zebr nagle rzucają się do rzeki i czym prędzej starają się ją pokonać. Toną, wpadają w paszcze krokodylów. Zdecydowanej większości jednak się udaje. Jest ich tyle, że choć podczas przeprawy ginie ich ponad 50 tys. rocznie, to nie zagraża to ich populacji. Co roku na przełomie stycznia i lutego na świat przychodzi pół miliona cieląt.
Przejście przez Mara to jednak wiele osobistych dramatów. Rozdzielone rodziny, śmierć dzieci. Samice gnu często zatrzymują się na drugim brzegu i nawołują do przejścia swoje młode, które nie dały rady i w połowie zawróciły. Jeśli to nie pomoże, wracają przez rzekę, by zachęcić malucha i pomóc mu przepłynąć wielką wodę. Jeśli dziecko zginie, odchodzą. Żadna samica nie zaopiekuje się cudzym młodym.
Przeprawie przypatrują się sępy i marabuty - padlinożerne ptaki. Po rzece dryfuje kilkanaście ciał gnu i zebr, którym nie udało się wczoraj albo przedwczoraj.
Ów spektakl obserwują też nowocześni padlinożercy - wyposażeni w aparaty, kamery i lornetki turyści, którzy z lokalnymi przewodnikami zjeżdżają nad Marę z rozsianych po okolicy obozów (mniej lub bardziej luksusowych - w dużych namiotach potrafią być porządne łazienki z prysznicami i bidetami oraz elektryczność, a nawet dostęp do internetu; na sawannie prawie wszędzie jest też już zasięg telefonii komórkowej). Od lipca do października, kiedy zwierzęta przebywają w Masai Mara, obserwuje je w sumie ponad 100 tys. ludzi.
Za droga ta droga Ekosystem Serengeti-Masai Mara to na świecie unikat. Niewiele jest miejsc - nawet w Afryce - w których
przyroda zachowała się w stanie tak pierwotnym, nieskażonym. W Polsce mamy ledwie kawałek Puszczy Białowieskiej czy słynną Dolinę Rospudy, o którą kilka lat temu obrońcy przyrody stoczyli bój z rządem PiS,
LPR i Samoobrony oraz częścią okolicznych mieszkańców wspieranych przez lokalne władze z PO.
Wykopaliska wskazują, że wielka migracja gnu trwa nieprzerwanie od ponad miliona lat. Dzisiaj nigdzie na świecie nie ma w jednym miejscu tylu tzw. przeżuwaczy.
Niestety, władze Tanzanii zamierzają przeciąć sawannę autostradą (patrz mapka). Mimo międzynarodowych protestów (głównie z krajów zachodnich, które swoją przyrodę zdążyły już zniszczyć) ubiegający się o reelekcję w październikowych wyborach prezydent Jakaya Kikwete właśnie potwierdził, że będzie budował 50-kilometrową drogę przez środek Serengeti.
Do 2012 r. ma ona połączyć tanzańskie wybrzeże Oceanu Indyjskiego z jeziorem Wiktorii. Trasa została już zresztą w wielu miejscach wytyczona. Kikwete dodał, że według jego oceny ani budowa, ani sama autostrada nie zaszkodzą środowisku.
Innego zdania jest 27 renomowanych naukowców, biologów, ekologów i ekspertów od ochrony środowiska (m.in. prof. Andrew Dobson z Princeton, mieszkający w Serengeti dr Markus Borner z Frankfurckiego Towarzystwa Zoologicznego i prof. Anthony Sinclair z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej w Vancouver). W jednym z ostatnich "Nature" ostrzegają, że dwupasmowa droga zniszczy zarówno Serengeti, jak i rezerwat Masai Mara w Kenii. Zatłoczona autostrada oznacza nie tylko kolizje samochodów ze zwierzętami, ale także rozbudowę infrastruktury, a w konsekwencji ogrodzenie drogi płotem, tak jak stało się w kilku innych parkach narodowych na świecie. Prognozują, że populacja gnu zostanie zredukowana do 300 tys. Niekontrolowany rozrost traw wywoła wtedy pożary, które zagrożą sawannie i buszowi. Ucierpią też drapieżniki.
I wreszcie, budowa drogi uderzy w turystykę - poważną gałąź gospodarek Tanzanii i Kenii.
Autostrada dokąd? Naukowcy proponują alternatywny przebieg dwupasmówki - na południe od obszarów chronionych. Choć wydłużyłoby to trasę o 50 km, ocaliłoby wyjątkowy w skali światowej ekosystem. Dodatkowo, na takim wytyczeniu drogi zyskałoby 2,3 mln ludzi, głównie rolników. Natomiast w zasięgu projektowanej obecnie trasy północnej znalazłoby się 431 tys. ludzi, głównie Masajów, czyli żyjących tradycyjnie pasterzy, których stada krów również mogłyby przez budowę ucierpieć.
Nie jest jasne, dlaczego prezydent Tanzanii upiera się przy rozwiązaniu szkodliwym dla przyrody i mało przydatnym dla jego wyborców. Plotki głoszą, że budowę mają sfinansować kwotą 480 mln dol. Chińczycy, którym nowa droga pomoże w transporcie surowców mineralnych z Afryki Wschodniej.
Cała ta sprawa, choć jej skala jest nieporównywalnie większa, łudząco przypomina nasz konflikt o Dolinę Rospudy. Tyle że społeczeństwo obywatelskie w Tanzanii nie jest na tyle silne, by zatrzymać inwestycję w Serengeti. No i kraj ten nie należy do Unii Europejskiej, która mogłaby uznać ów projekt za nielegalny. Pozostaje nacisk światowej opinii.
- Czy zamierzacie coś zrobić, żeby nam pomóc? - jeden z przewodników po Masai Mara pyta dziennikarzy zaproszonych na miejsce przez National Geographic Channel (na początku listopada kanał ten nada światową premierę serialu "Wielkie migracje" - m.in. o zagrożonym ekosystemie Serengeti-Masai Mara). Nie łudźmy się, będziemy wszyscy współodpowiedzialni, jeśli w Serengeti i Masai Mara dojdzie do apokalipsy. To biali razem z całą swoją cywilizacją przywieźli do Afryki
samochody, autostrady i ropę. Jak pisze w swych pamiętnikach zakochany w Afryce amerykański fotografik Peter Beard: "Im głębiej biały wdzierał się do Afryki, tym szybciej wyciekało z niej życie; z sawanny, z buszu, do miast".
Strona
"Stop The Serengeti Highway" na Facebooku jest już popierana przez ponad 21 tys. osób.