http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dotykamy kosmosu

Piotr Cieśliński
2010-09-14, ostatnia aktualizacja 2010-09-14 16:24

Pędzisz szczęśliwy do znaleziska, serce ci wali, bo w tym miejscu znajdowano już wcześniej rzadkie okazy meteorytów - a to tylko kupa wielbłąda, zardzewiała puszka po coca-coli albo kawałek czarnej folii. Fake, jak to mówimy.

Beata Woźniak podczas jednej ze swoich wypraw na Półwysep Arabski
Archiwum prywatne
Beata Woźniak podczas jednej ze swoich wypraw na Półwysep Arabski

Archiwum prywatne
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Rozmowa z kolekcjonerami meteorytów - Beatą i Markiem Woźniak

Marek Woźniak: Strasznie nas zakręciły. Ale kiedy pokazujemy je znajomym, często są rozczarowani. Kamień jak kamień, mówią, trochę zardzewiały jakiś, co w nim ciekawego?

Piotr Cieśliński: Właśnie, co?

M.W.: Wyobraź sobie, znajdujesz kamień, podnosisz i nagle uświadamiasz sobie, że on - mój Boże! - czekał ponad 4,5 mld lat, aż ktoś na niego spojrzy. Niewyobrażalna skala czasu. Planet jeszcze nie było, Układ Słoneczny był ledwie pyłem, a ten kamień już istniał. I ty jesteś pierwszym człowiekiem, który go dotyka.

Beata Woźniak: Masz w ręku coś, co jest starsze od Ziemi - pierwotną materię kosmosu.

Ile ich już macie?

B.W.: Blisko 600. To jedna z największych kolekcji meteorytów w Polsce.

Jak to się zaczęło?

M.W.: Długo sądziłem, że meteoryty są niedostępne zwykłym zjadaczom chleba - leżą za szybą w muzeach albo laboratoriach. Ale pewnego razu na giełdzie minerałów zobaczyłem kawałek meteorytu "Morasko" na sprzedaż, zacząłem szukać w internecie i dotarło do mnie, że istnieje kolekcjonerski rynek tych kamieni.

To był rok 2002. Kupiłem wtedy dwie pierwsze drobinki, od kolegi z Polski. Nieszczególne, dziś pewnie nie zwróciłbym na nie uwagi. Jeszcze nie wiedziałem, że to, co wartościowe, niekoniecznie musi być najładniejsze.

Pamiętam, jak dostałem przesyłkę. Kiedy tylko wyszedłem z poczty, pomyślałem, że nie wytrzymam. Musiałem natychmiast otworzyć kopertę i dotknąć kosmosu. Tak byłem zakręcony, że zabłądziłem. Wokół nieznajome bloki, nie ma przystanku, nie mam pojęcia, gdzie iść.

Nigdy wcześniej niczego nie kolekcjonowałem. A po tym pierwszym zetknięciu z nieziemskimi kamieniami powiedziałem Beacie: wiesz, chyba rzucę palenie, a za zaoszczędzone pieniądze będę kupował meteoryty. Uznała, że to świetny pomysł.

I co z tym paleniem?

B.W.: Też tak zapytałam Marka po jakimś czasie, a on mi na to: wiesz, mogę palić i zbierać kamienie.

Ciebie też wzięły meteoryty?

B.W.: Marek znosił do domu kolejne kamienie, zamykał w pudełkach i szufladach, a ja nie miałam pojęcia, o co w tym chodzi. Cztery lata temu przyszedł do domu z wieścią, że jest organizowany wyjazd na Półwysep Arabski, na pustynię - żeby szukać meteorytów. W samochodzie było jedno wolne miejsce. I Marek mówi: może też pojedziesz? Czemu nie - myślę - wezmę coś do czytania, krem z filtrem, poopalam się, będzie przygoda. A to była raczej szkoła przeżycia, bo pustynia nie jest wielką plażą, jak mi się naiwnie wydawało.

Czytałam swoją 600-stronicową książkę. Towarzysze mówili jakimś kodem, z którego nic nie rozumiałam. W końcu pomyślałam, że głupio tak siedzieć w aucie, pójdę z nimi na chwilę. Tylko czego mam szukać? Powiedzieli: czarne kamienie, które ciągną magnes.

Coś znaleźliście?

B.W.: Niemal natychmiast trafiłam na swój pierwszy meteoryt, i to spory. Zobaczyłam czarną plamę na piasku i... poczułam podniecenie, piękno, fascynację. Połknęłam bakcyla. Wieczorem włączyłam się do rozmowy. Nazajutrz pobiegłam pierwsza i znowu miałam farta.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':