Rozmowa z kolekcjonerami meteorytów - Beatą i Markiem Woźniak Marek Woźniak: Strasznie nas zakręciły. Ale kiedy pokazujemy je znajomym, często są rozczarowani. Kamień jak kamień, mówią, trochę zardzewiały jakiś, co w nim ciekawego?
Piotr Cieśliński: Właśnie, co? M.W.: Wyobraź sobie, znajdujesz kamień, podnosisz i nagle uświadamiasz sobie, że on - mój Boże! - czekał ponad 4,5 mld lat, aż ktoś na niego spojrzy. Niewyobrażalna skala czasu. Planet jeszcze nie było, Układ Słoneczny był ledwie pyłem, a ten kamień już istniał. I ty jesteś pierwszym człowiekiem, który go dotyka.
Beata Woźniak: Masz w ręku coś, co jest starsze od Ziemi - pierwotną materię kosmosu.
Ile ich już macie? B.W.: Blisko 600. To jedna z największych kolekcji meteorytów w Polsce.
Jak to się zaczęło? M.W.: Długo sądziłem, że meteoryty są niedostępne zwykłym zjadaczom chleba - leżą za szybą w muzeach albo laboratoriach. Ale pewnego razu na giełdzie minerałów zobaczyłem kawałek meteorytu "Morasko" na sprzedaż, zacząłem szukać w internecie i dotarło do mnie, że istnieje kolekcjonerski rynek tych kamieni.
To był rok 2002. Kupiłem wtedy dwie pierwsze drobinki, od kolegi z Polski. Nieszczególne, dziś pewnie nie zwróciłbym na nie uwagi. Jeszcze nie wiedziałem, że to, co wartościowe, niekoniecznie musi być najładniejsze.
Pamiętam, jak dostałem przesyłkę. Kiedy tylko wyszedłem z poczty, pomyślałem, że nie wytrzymam. Musiałem natychmiast otworzyć kopertę i dotknąć kosmosu. Tak byłem zakręcony, że zabłądziłem. Wokół nieznajome bloki, nie ma przystanku, nie mam pojęcia, gdzie iść.
Nigdy wcześniej niczego nie kolekcjonowałem. A po tym pierwszym zetknięciu z nieziemskimi kamieniami powiedziałem Beacie: wiesz, chyba rzucę palenie, a za zaoszczędzone pieniądze będę kupował meteoryty. Uznała, że to świetny pomysł.
I co z tym paleniem? B.W.: Też tak zapytałam Marka po jakimś czasie, a on mi na to: wiesz, mogę palić i zbierać kamienie.
Ciebie też wzięły meteoryty? B.W.: Marek znosił do domu kolejne kamienie, zamykał w pudełkach i szufladach, a ja nie miałam pojęcia, o co w tym chodzi. Cztery lata temu przyszedł do domu z wieścią, że jest organizowany wyjazd na Półwysep Arabski, na pustynię - żeby szukać meteorytów. W samochodzie było jedno wolne miejsce. I Marek mówi: może też pojedziesz? Czemu nie - myślę - wezmę coś do czytania, krem z filtrem, poopalam się, będzie przygoda. A to była raczej
szkoła przeżycia, bo pustynia nie jest wielką plażą, jak mi się naiwnie wydawało.
Czytałam swoją 600-stronicową książkę. Towarzysze mówili jakimś kodem, z którego nic nie rozumiałam. W końcu pomyślałam, że głupio tak siedzieć w aucie, pójdę z nimi na chwilę. Tylko czego mam szukać? Powiedzieli: czarne kamienie, które ciągną magnes.
Coś znaleźliście? B.W.: Niemal natychmiast trafiłam na swój pierwszy meteoryt, i to spory. Zobaczyłam czarną plamę na piasku i... poczułam podniecenie, piękno, fascynację. Połknęłam bakcyla. Wieczorem włączyłam się do rozmowy. Nazajutrz pobiegłam pierwsza i znowu miałam farta.