http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Twarzą w twarz

Maria Siemionow
2010-09-06, ostatnia aktualizacja 2010-09-06 12:16

Grudzień 2008 r., Cleveland. Maria Siemionow (w środku) wraz z kolegami podczas zabiegu przeszczepiania twarzy
Grudzień 2008 r., Cleveland. Maria Siemionow (w środku) wraz z kolegami podczas zabiegu przeszczepiania twarzy
Fot. AP

Moja droga do pierwszego pełnego przeszczepu twarzy - fragment książki prof. Marii Siemionow

ZOBACZ TAKŻE
Książka prof. Siemionow w tłumaczeniu Bożeny Markiewicz ukaże się 9 września 2010 r. nakładem wydawnictwa Znak

Ludzkość ma ogromny dług wdzięczności wobec szczurów. Dają szansę na zbadanie tego, jak żyjąca tkanka reaguje na lekarstwa. Na nich mikrochirurdzy ćwiczą swoje umiejętności i dzięki nim nabierają nowych. Dwadzieścia lat temu spędzałam wieczory w szpitalnej piwnicy, łącząc na nowo kończyny zwierząt za pomocą nowych technik, których się nauczyłam. Doświadczenie zdobyte podczas tych długich samotnych wieczorów, kiedy wpatrywałam się w mikroskop, wkłuwałam igłę w cienkie naczynia i nerwy znieczulonego zwierzęcia, pomogło niezliczonej liczbie pacjentów. Wiele lat później, kiedy stało się oczywiste, że przeszczep twarzy jest możliwy, znów wróciliśmy do szczurów, żeby sprawdzić, jak można wykonać taką operację, i udowodnić, że można ją bezpiecznie ukończyć.

Praca w laboratorium nie była tylko nabieraniem wprawy. Miałam okazję do uzyskania wielu danych i poczynienia ważnych obserwacji w zakresie techniki operacyjnej. Chirurdzy nie mają sekretów lub raczej nie trzymają swoich odkryć w tajemnicy. Jeśli czegoś dokonają, rozwiną jakąś technikę, która ma choćby najmniejszą przewagę nad poprzednią, pierwsze, co robią, to w wyczerpujący sposób informują o tym wszystkich w publikowanych artykułach i na konferencjach. Moje badania na zwierzętach były podstawą do napisania pracy na sympozjum Scandinavian Society for Surgery of the Hand (Skandynawskiego Towarzystwa Chirurgii Ręki), które miało się wtedy odbyć w uniwersyteckim mieście Örebro w Szwecji. Ze względu na moją wielogodzinną pracę w laboratorium i pewien wkład w chirurgię doktor Kauko Solonen, kierownik Invalid Foundation's Hand Surgery Department, zaprosił mnie do wzięcia udziału w tym spotkaniu.

Zjazdy medyczne to szczególne zgromadzenia - mieszanina nauki, życia towarzyskiego i interesów. W wyłożonych dywanami salach recepcyjnych centrów kongresowych i hoteli sławni chirurdzy, których umiejętności są znane i doceniane na całym świecie, ściskają sobie ręce, śmieją się, opowiadają dowcipy (zazwyczaj nieprzyzwoite) i zachowują się, jakby byli ciociami, wujkami i kuzynami, którzy przyjechali na zjazd rodzinny.

Lekarze są często namawiani przez dumnych przedstawicieli firm farmaceutycznych i produkujących sprzęt medyczny do wypróbowania nowego skalpela czy mikroskopu. Mogą usłyszeć opinie o nowym leku, dostać darmową kawę lub torbę piłeczek golfowych ozdobionych logo firmy. A kiedy przychodzi czas, wszyscy wchodzą do audytorium, gdzie ze zdumiewającą cierpliwością słuchają człowieka, który ma nudny obowiązek podziękowania każdemu, kto w jakikolwiek sposób przyczynił się do zorganizowania sympozjum.

Potem salę ogarnia półmrok, zapada cisza. Podczas prezentacji w PowerPoincie projektor wyświetla na duży ekran obraz jakiegoś elementu anatomii. Na wielkich sympozjach może być nawet kilka takich ekranów rozmieszczonych w głównej sali i przekazujących obraz przez wewnętrzną telewizję. Obraz dociera do innych sal centrum kongresowego, a także prawdopodobnie do szpitali i podobnych sal na drugim końcu kuli ziemskiej. Jeden po drugim najlepsi chirurdzy świata wchodzą na podium, aby opowiedzieć, jak podeszli do takiego problemu, a jak rozwiązali inny. Ich umiejętności, wiedza i technika upewniły mnie tylko, że po konferencji w Szwecji będę się zajmować mikrochirurgią.

***

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po powrocie do Poznania, było zapoznanie moich kolegów ze stosowanymi w wypadku najmniejszych tętnic i żył technikami mikrochirurgicznymi, które poznałam w Finlandii. Pracowaliśmy na wieprzowych stópkach zamówionych u pobliskiego rzeźnika (który niewątpliwie zastanawiał się nad kulinarnymi upodobaniami lekarzy z sąsiedztwa). Nasi dyrektorzy rozumieli wartość tych szkoleń i przydzielili niewielki budżet na zakup używanego mikroskopu chirurgicznego, co pozwoliło nam zakładać szwy ledwie widoczne dla nieuzbrojonego oka.

Był rok 1985, kiedy doktor Vilkki skontaktował się ze mną. Wtedy byliśmy już dobrymi znajomymi. Przez ostatni rok specjalizowałam się w chirurgii ręki w Instytucie Ortopedii i Rehabilitacji Akademii Medycznej imienia Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Doktor Vilkki poinformował mnie o serii tygodniowych kursów chirurgii ręki, które były planowane w Lublanie w Słowenii. Miało tam wykładać wielu znanych lekarzy, w tym sławny zespół z prywatnej kliniki związanej z Department of Orthopaedic Surgery (Wydział Ortopedii) przy School of Medicine na uniwersytecie w Louisville w stanie Kentucky.

Chirurdzy z Louisville uchodzą za jednych z najlepszych. Doktor Vilkki był w Louisville i znał ich dobrze. Poradził mi, żebym napisała do doktora Harolda Kleinerta, który w 1953 roku założył przy uniwersytecie Hand Clinic (Klinikę Ręki) i spowodował, że stała się jedną z najważniejszych na świecie. Obecnie jest to Kleinert, Kutz and Associates Hand Care Center. Miałam zwrócić się z prośbą o tak zwane fellowship, czyli stypendium naukowe, by uzyskać wyższy stopień specjalizacji. Doktor Vilkki też napisał do doktora Kleinerta o mojej asyście przy autoprzeszczepach w Helsinkach i pracy w Poznaniu.

***

To było zbyt piękne, by uwierzyć. Przecież to Louisville! Mała klinika i szpital w największym mieście stanu słynnego z koni były domem dla jednych z najlepszych mikrochirurgów na świecie. Powiedzieć: "Jadę na stypendium do Louisville" to tak, jakby bejsbolista powiedział: "Jadę na obóz treningowy New York Yankees" [jedna z najbardziej utytułowanych drużyn bejsbolowych w amerykańskiej lidze].

Ale były przeszkody. Nawet gdybym została zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną, nie miałam pieniędzy na bilet, by polecieć do Louisville. Nawet gdybym je miała, to nie miałam biurokratycznych umiejętności ani odpowiednich kontaktów, żeby załatwić wizę dla stypendysty. Poznań był po niewłaściwej stronie żelaznej kurtyny. Możliwość studiowania w Kentucky zaczęła znikać szybciej, niż się pojawiła.

Ale i na to znalazł się sposób. Doktor Vilkki powiedział mi, że doktor Graham Lister, dyrektor programu stypendialnego, przyjedzie na sympozjum do Lublany, gdzie poprowadzi kursy i wykłady. Podczas pobytu w Europie będzie także przeprowadzał rozmowy kwalifikacyjne, szukając potencjalnych kandydatów na fellowship.

Musiałam pojechać do Lublany. Organizatorem sympozjum był doktor Marco Godina, wtedy młody, zapracowany mikrochirurg o coraz większym autorytecie (obecnie American Society for Reconstructive Microchirurgy przyznaje coroczne stypendia jego imienia). Doktor Godina zadzwonił do kilku osób, zapewnił mi mieszkanie w akademiku. Udało mu się także doprowadzić do tego, że organizatorzy zwolnili mnie z opłaty za kurs.

Lot samolotem nie wchodził w grę z powodu ceny biletu, więc przez całe trzy dni jechałam pociągiem przez tereny ówczesnej Czechosłowacji i Węgier aż do Lublany. To odległość około ośmiuset kilometrów w linii prostej, ale o wiele dalej, kiedy pociąg jedzie torami, które wiją się przez urokliwe doliny i południowe stoki Alp. Drugiego dnia podróży wdzięk mijanych pagórków i wiosek przestał jednak być taki pociągający.

Dotarłam na uniwersytet zmęczona i wytrzęsiona, ale gotowa do nauki. Doktor Lister przywiózł z sobą małą, zgraną grupę współpracowników do pomocy w instruktażu. Natychmiast zaczęłam zadręczać ich o doktora Listera: jakie pytania zadaje podczas rozmów kwalifikacyjnych i czego oczekuje od przyszłego stypendysty? Większość odpowiadała z grzecznym uśmiechem: "Nie martw się". Słyszeli już takie pytania wielokrotnie. Był tam cały tłum europejskich chirurgów czekających w kolejce na kursy i rozmowy kwalifikacyjne. W końcu chodziło o Louisville, o instytut, gdzie specjalizujący się lekarz praktykował pod okiem najlepszych światowych chirurgów. Operacje, które przeprowadzali, to amputacje, autoprzeszczepy rąk, palców, paluchów i innych organów.

Jeden z amerykańskich lekarzy udzielił mi bardzo cennej rady.

- Jeśli chodzi o Listera, pamiętaj, bądź szczera. Nie przesadzaj. Nie opowiadaj więcej, niż trzeba.

Podczas rozmowy Lister pochwalił moją znajomość angielskiego i zadał wiele pytań, których się spodziewałam. Chciał na przykład wiedzieć, dlaczego interesuję się chirurgią ręki, dlaczego chciałam przyjechać do Stanów Zjednoczonych. Pytał o moje życiowe cele. Wreszcie zadał kilka konkretnych pytań dotyczących anatomii ręki. Przez moment się zawahałam, ale pamiętając radę, odparłam, że nie umiem odpowiedzieć.

Zapytał dlaczego.

Wyjaśniłam, że polscy lekarze mają ograniczony dostęp do zwłok, że to problem, który bardzo utrudnia naszą edukację.

Pokiwał głową. Jak przypuszczam, zrozumiał, że oto siedzi przed nim młoda i żądna wiedzy kandydatka i do tego jest po prostu szczera.

***

Wydaje mi się, że mam dwie cechy charakteru, które pomogły mi osiągnąć sukces w medycynie - zawsze lubiłam się uczyć i jestem szczera.

Wkrótce po tej rozmowie doktor Lister powiedział mi, że dostanę stypendium i będę mogła rozpocząć praktykę w ciągu trzech lat.

Trzy dni powrotu do Poznania minęły jak kilka minut. Wioski i wzgórza tylko migały mi przed oczami. Niczym się nie przejmowałam. Jechałam do Louisville albo - jak się nauczyłam mówić - do Luwl.

Patrzę na minione dni, wykonane operacje, książki i noce spędzone w piwnicy ze szczurami, a potem na tę rozmowę i widzę pewną ironię w tym, że przecież nie to, co wiedziałam, ale to, że przyznałam się do niewiedzy, postawiło mnie na tej długiej drodze, której kolejnym etapem były Stany Zjednoczone. I tam któregoś dnia pochyliłam się nad pacjentką, która miała otrzymać nową twarz.

Prof. Maria Siemionow jest absolwentką Akademii Medycznej w Poznaniu. W 2008 r. w klinice w Cleveland przeprowadziła pełny przeszczep twarzy

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':