Nie ma się co dziwić, że w ostatnich dniach odczuwaliśmy różne nieprzyjemne dolegliwości - bóle głowy czy senność. Mnie rozbolał ząb.
Tak gwałtownej wymianie mas powietrza zwykle towarzyszą też ekstremalne zjawiska pogodowe - burze, wichury, ulewne deszcze, trąby powietrzne. A według prognoz miało być tak przyjemnie - lekki spadek temperatury, koniec nieznośnych afrykańskich upałów, przelotny deszczyk. Zawiodłem się.
I choć prognoza pogody na najbliższy weekend opracowana przez synoptyków z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Warszawie jest optymistyczna - od soboty powinno zrobić się trochę słoneczniej i cieplej - to długoterminowa prognoza klimatyczna (nie pogodowa!) nie napawa wcale radością. Dwa lata temu prof. Halina Lorenc z IMGW w rozmowie zatytułowanej "Jak żyć z trąbą" opowiadała mi, że wzrost intensywności zjawisk ekstremalnych związany jest z ocieplaniem się klimatu. W ciągu ostatnich stu lat średnia temperatura w Polsce podniosła się o 0,8 st. C. A ponieważ jest cieplej, atmosfera i oceany mają więcej energii, by płatać nam pogodowe figle.
- Zmieniła się też cyrkulacja powietrza nad całą Europą Środkową - mówiła prof. Lorenc. - Od zawsze klimat w Polsce kształtowały trzy wielkie układy baryczne: wyż znad Syberii (zimą), Wyż Azorski znad Atlantyku, który latem daje nam najprzyjemniejszą pogodę, oraz głęboki Niż Islandzki. Od jakiegoś czasu jednak obserwujemy przewagę napływu mas powietrza z kierunków południkowych. Z południa dociera do nas gorące powietrze zwrotnikowe, a z północy zimne arktyczne. To dlatego zdarza się, że jednego dnia mamy 25 st., a nazajutrz 10.
Powinniśmy więc przyzwyczaić się do tego pogodowego piekła.
Źródło: Gazeta Wyborcza