Był luty 1971 r., kiedy Alan Shepard, najstarszy z ówczesnych amerykańskich astronautów, mocno zapierając się stopami o księżycowy grunt, zamachnął się kijem golfowym i posłał hen daleko białą piłeczkę. Jak wspominał, zdawała się lecieć przez całe mile, ale naprawdę spadła po 200-300 metrach.
Ta pierwsza
gra w golfa w kosmosie to chyba jedyne, co zostało zapamiętane z trzeciego lądowania na Srebrnym Globie - wyprawy Apollo 14. Ale dzisiaj, już blisko 40 lat później, inne wydarzenie związane z tą wyprawą ma szansę zyskać jeszcze większy rozgłos. Shepard i drugi z astronautów Edgar Mitchell podczas ponad dziewięciogodzinnych spacerów zebrali 45 kg księżycowych skał, które przetransportowali do lądownika za pomocą specjalnego wózka nazywanego księżycową rikszą, a potem przywieźli na Ziemię. W dzisiejszym "Nature" amerykańscy naukowcy przedstawiają wyniki analizy bazaltu nr 14053, kawałka wulkanicznej skały, która przybyła z tym transportem. Badali oni w szczególności skład chemiczny apatytu - jednego z minerałów, który wchodzi w skład bazaltu (za pomocą mikrosondy jonowej, czyli bombardując skałę strumieniem jonów i elektronów).
Niezwykła konkluzja ich ledwie trzystronicowej pracy mówi, że w księżycowym apatycie jest tyle samo lotnych pierwiastków - wodoru, chloru i siarki - co w podobnych ziemskich minerałach pochodzenia wulkanicznego.
Co w tym dziwnego?
Tajemnicza wilgoć Ano to, że burzy to naszą dotychczasową wiedzę. Od dawna bowiem myśleliśmy, iż chemiczne menu naszego satelity jest zupełnie inne niż Ziemi.
Księżyc ma bowiem od dwu do trzech razy więcej pierwiastków takich jak glin czy tytan, które topią się i ulatniają dopiero w bardzo wysokich temperaturach. Jest zaś zubożony w bardziej lotne pierwiastki - np. sód czy potas - które dużo łatwiej wyparowują wraz ze wzrostem temperatury. Z tego samego powodu przyjmowano niemal jako pewnik, że wnętrze Srebrnego Globu musi być prawie pozbawione wody.
To wszystko zgadzało się z powszechnie uznawanym scenariuszem gwałtownych narodzin Księżyca - w wielkiej katastrofie u zarania dziejów Układu Słonecznego, kiedy w niemowlęcą Ziemię miała trafić inna planeta co najmniej rozmiaru Marsa. Energia tej kolizji stopiła i odparowała nie tylko intruza, ale też zalążek skalnej skorupy Ziemi i część jej płaszcza, a także wyrzuciła gazy i pyły na wokółziemską orbitę. Tam ostygły i w ciągu kilkuset lat zlepiły się w obecny Księżyc. Ale z powodu wysokiej temperatury lotne związki i pierwiastki, które odparowały najszybciej, nie miały szansy się zestalić i wejść w skład tego globu. Zostały zdmuchnięte w kosmos albo spadły z powrotem na Ziemię.
Tymczasem zdaje się temu przeczyć opisywany w "Nature" kawałek bazaltu, który wydostał się na powierzchnię Księżyca 3 mld lat temu, kiedy jeszcze były tam czynne wulkany. - Jest on np. dowodem na to, że we wnętrzu Srebrnego Globu jest rozpuszczona taka sama ilość wody jak w magmie drzemiącej tuż pod ziemską skorupą - uważa główny autor badań Jeremy Boyce z Caltech w Pasadenie.
Podobny wniosek wynika też z badań opublikowanych w "Nature" przed dwoma laty, których bohaterem były małe, zeszklone kuleczki, rozmiarów dziesiątych części milimetra, też najpewniej wulkanicznego pochodzenia, przywiezione z Księżyca przez wyprawy Apollo 11, 15 i 17. W ich wnętrzu naukowcy odkryli zaskakująco duże ilości chloru, siarki, fluoru oraz wody - mniej więcej tyle samo (kilkaset cząsteczek H20 na milion) co w bazaltach zastygłych w pobliżu śródoceanicznych grzbietów na dnie ziemskich oceanów, gdzie z wnętrza naszej planety wydobywa się magma.
Lunatyczne zwidy? Całkiem niedawno, kiedy sondy wykryły połacie zamarzniętej wody na dnie wiecznie zacienionych księżycowych kraterów, raz na zawsze pożegnaliśmy się z obrazem suchej jak pieprz powierzchni Księżyca. Teraz wszystko wskazuje na to, że także jego środek jest całkiem wilgotny, i to nie mniej niż wnętrze Ziemi.
Być może więc ten znaleziony ostatnio na powierzchni Księżyca lód nie pochodzi - jak sugerowano - z komet, lecz jest wynikiem pradawnych erupcji wulkanicznych, które uwalniały głęboko schowaną w trzewiach globu parę wodną. Część z niej uciekła w kosmos, reszta ukryła się w kraterach.
Jak to jednak pogodzić z gorącym scenariuszem narodzin Księżyca, w wyniku którego miał on zostać całkowicie odwodniony?
Pytań zresztą jest więcej. Od dawna intryguje naukowców to, że skład izotopowy tlenu Księżyca oraz Ziemi jest niemal dokładnie taki sam, choć większość materii naszego satelity powinna pochodzić od tego obcego ciała, które się niegdyś rozbiło o naszą planetę (a szansa na to, że intruz miał ten sam skład izotopów co Ziemia nie jest wielka, gdyż w zbadanych do tej pory meteorytach proporcje są za każdym razem inne). Jak sugeruje Marc Chaussidion z Uniwersytetu Nancy we Francji, ten nieznany mechanizm, który doprowadził do wymieszania się tlenu między dwoma globami, mógł odpowiadać za wzbogacenie naszego satelity również w wodę i inne lotne związki. Tu jednak pojawia się od razu pytanie, na które wciąż nie znamy odpowiedzi: skąd w tym czasie wzięła się woda na Ziemi?
Ale oczywiście nie jest wykluczone, że naukowcy coś przeoczyli i źle interpretują wyniki badań księżycowego apatytu. Wszak - zauważmy - wziął on swą nazwę od greckiego "apatao", co znaczy oszukiwać, zwodzić, łudzić.