http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Globalne ochłodzenie?

Tomasz Ulanowski
2010-07-15, ostatnia aktualizacja 2010-07-14 19:30

Słońce sfotografowane wczoraj przez amerykańsko-europejskiego satelitę SOHO. Na żółtej tarczy widać tylko kilka plam.
Pamiętaj - nigdy nie patrz bezpośrednio na Słońce. Grozi to uszkodzeniem, a nawet utratą wzroku. Obserwuj je pośrednio, np. rzucając jego obraz na ekran
Słońce sfotografowane wczoraj przez amerykańsko-europejskiego satelitę SOHO. Na żółtej tarczy widać tylko kilka plam. Pamiętaj - nigdy nie patrz bezpośrednio na Słońce. Grozi to uszkodzeniem, a nawet utratą wzroku. Obserwuj je pośrednio, np. rzucając jego obraz na ekran
ESA/NASA

Kiedy z nieba leje się żar, Słońce przeżywa najgłębszą zapaść od blisko stu lat

Cykle słonecznej aktywności od roku 1749 do dzisiaj
Cykle słonecznej aktywności od roku 1749 do dzisiaj
Za ostatnie upały odpowiada układ atmosferycznych wyżów i niżów, który pcha nad Polskę powietrze znad Afryki - wyjaśniają naukowcy z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Warszawie. Afrykańską pogodę, przerywaną burzami, będziemy mieli co najmniej do poniedziałku. Pytania o to, czy upalne będzie całe lato, nie mają jednak sensu. Ziemska atmosfera jest układem tak chaotycznym, że wiarygodną prognozę pogody potrafimy postawić na ledwie kilka dni. Prognozy długoterminowe sprawdzają się w 50 proc., a to znaczy, jak nieoficjalnie mówią meteorolodzy z IMiGW, że są niewiele warte. Bo "albo bedzie słońce, albo bedzie dyszcz".

Choć niektórym może się wydawać inaczej, ludzkość nie pozjadała jeszcze wszystkich rozumów. Cały czas wiemy mniej, niż nie wiemy. Co gorsza, im więcej wiemy, tym więcej dziur w tej naszej wiedzy. Naukowcy ciągle zadają nowe, coraz bardziej szczegółowe pytania. Na przykład o to, co ostatnio dzieje się ze Słońcem. Paradoksalnie bowiem, choć funduje nam właśnie upały, to heliofizycy twierdzą, że do dziś nie może się ono obudzić ze snu, w który zapadło aż dwa lata temu.



Słońce coś dzisiaj za spokojne

Nasza gwiazda to gigantyczna elektrownia termojądrowa, w której w ogromnej temperaturze i pod potężnym ciśnieniem atomy wodoru zbijają się w atomy helu. Przy okazji niewielka cząstka ich masy zamienia się w energię, która promieniuje w kosmos i pozwala naszemu światu istnieć.

Ta siłownia nie zawsze pracuje jednak pełną parą (dlaczego? Do końca nie wiadomo). Dobrze to widać na przykładzie erupcji plazmy, której bąble co jakiś czas strzelają w kosmos. Słońce czasem wyrzuca ją częściej, a czasem rzadziej. Tym wybuchom towarzyszą plamy słoneczne - ciemne, chłodniejsze miejsca pojawiające się na żółtej tarczy. Astronomowie śledzą je przez teleskopy już od 400 lat (najpierw m.in. Anglik Thomas Harriot i Włoch Galileusz). Dzięki tym obserwacjom wiemy, że plamy pojawiają się i znikają cyklicznie. Pełny cykl - od minimum, kiedy Słońce bywa jednorodnie żółte, przez maksimum, kiedy liczba ciemnych zabrudzeń na jego tarczy skacze do ponad 100, a czasem nawet ponad 200, i znowu do minimum - wynosi ok. 11 lat.

W 2008 r. skończył się cykl opisywany przez naukowców jako 23., a zaczął się nowy, 24. Minimum słonecznej aktywności, jakie wtedy się rozpoczęło, trwa aż do dzisiaj. Heliofizycy są tym bardzo zaskoczeni, bo spodziewali się, że skończy się ono w ciągu roku.

- Jesteśmy świadkami zjawiska niewidzianego przez ostatnie sto lat - ekscytował się na niedawnym spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa Astronomicznego David Hathaway z należącego do NASA Centrum Kosmicznego Marshalla w Hunstville w Alabamie. Ostatni tak głęboki i długi dołek Słońce przeżywało bowiem w roku 1913.

Hathaway sądzi, że następne słoneczne maksimum, na które jego zdaniem poczekamy jeszcze trzy lata, będzie o połowę słabsze od kilku poprzednich.

Nie ma co się martwić

Czy to źle? Z jednej strony nie bardzo, bo słoneczne wybuchy są szkodliwe dla wynalazków cywilizacji. Kiedy jęzor zjonizowanego, a więc naelektryzowanego gazu dociera do Ziemi i zderza się z jej magnetosferą, powoduje nie tylko piękne zorze polarne, ale także zakłóca łączność radiową, uszkadza satelity, transformatory zainstalowane w sieci przesyłającej energię elektryczną, przewody wysokiego napięcia, a nawet - jak się podejrzewa - rurociągi transportujące gaz i ropę naftową (przyspieszając ich korozję), a także - co zaobserwowano szczególnie w Rosji - chaotycznie zmienia światła z zielonych na czerwone (i odwrotnie) na liniach kolejowych.

Przykłady? W marcu 1989 r. po burzy w kosmosie wysiadło zasilanie w kanadyjskim Quebecu. 6 mln ludzi zostało na dziewięć godzin odciętych od dostaw energii elektrycznej. W maju 1921 r. słoneczna nawałnica uderzyła dziesięć razy silniej w Stany Zjednoczone. Gdyby przytrafiła się dzisiaj, bez prądu znalazłoby się 130 mln ludzi. Nikt nie wie, jak szybko udałoby się naprawić uszkodzenia. Latem 1859 r. erupcja słoneczna naelektryzowała w USA linie telegraficzne i podpaliła zwoje papieru telegraficznego. Zorza była wtedy widoczna nawet na Kubie i Hawajach. W zakrytych nocą Górach Skalistych zrobiło się tak jasno, że biwakowicze pobudzili się i zaczęli przygotowywać śniadanie.

"Gdyby tak potężna burza magnetyczna uderzyła w nasz kraj dziś - napisali autorzy raportu, który ponad rok temu opublikowały NASA i amerykańska Narodowa Akademia Nauk - tylko w pierwszym roku po katastrofie jej koszty sięgnęłyby 2 bln dol.". Według szacunków Stany Zjednoczone wracałyby do stanu sprzed kataklizmu przez cztery-dziesięć lat.

Jasne jest jedno - gdyby prądu miało zabraknąć na dłużej, ludzkość znalazłaby się w poważnych tarapatach, a może nawet na kolanach. Z tego właśnie powodu obecna niska aktywność Słońca nie powinna nas martwić.

Ale jest też druga strona medalu. Kaprysy naszej gwiazdy wywierają wpływ na ziemski klimat, a jej depresja, podobnie jak zbytnie pobudzenie, wcale nie musi być nam na rękę.

Jest powód do zmartwienia?

Niestety, znowu musimy się przyznać do tego, jak mało wiemy.

Dokładny wpływ słonecznych wariacji na wahania klimatu ciągle domaga się wyjaśnienia. Wiemy na pewno tylko tyle, że kiedy Słońce jest bardzo aktywne, podgrzewa powierzchnię Ziemi o 0,1 st. C, a kiedy jego aktywność spada do minimum, temperatura powierzchni naszej planety o tyle samo spada.

Na szczęście naukowcy nie zasypiają gruszek w popiele i odkrywają subtelniejsze mechanizmy, dzięki którym nasza gwiazda wpływa na klimat. Meteorolog prof. Michael Lockwood z Uniwersytetu w Reading w Wielkiej Brytanii, o którego najnowszych badaniach pisze tygodnik "New Scientist", uważa na przykład, że obecny głęboki sen Słońca jest odpowiedzialny za niezwykle ciężką zimę, jakiej doświadczyła ostatnio Europa i część Ameryki Północnej. Uczony przyjrzał się zapiskom sięgającym 1650 r. i odkrył, że w Europie ostre zimy wypadały właśnie wtedy, kiedy nasza gwiazda przysypiała.

Bardzo spektakularny przykład to Minimum Maundera trwające od 1645 do 1715 r., kiedy plamy właściwie znikły ze słonecznej tarczy. Był to jednocześnie najzimniejszy (środkowy) okres tzw. Małej Epoki Lodowej charakteryzującej się surowymi zimami na półkuli północnej - w Europie średnia temperatura była wtedy niższa o 1 st. C w porównaniu ze średnią z lat 1950-80. I choć może się wydawać, że to niewielka różnica, to takie ochłodzenie wystarczyło, by zimą bardziej niż dziś zamarzały rzeki i morza (mówi się, że Bałtyk skuwał wtedy lód od Polski aż do Szwecji), lodowce schodziły z Alp, niszcząc górskie wioski, a chłopi, którzy stanowili wtedy największą, ale wcale nie najbardziej wpływową grupę społeczną, cierpieli głód.

Dlaczego ówczesna ospałość Słońca tak mocno dała się Europie we znaki?

Za słaba rozgrzewka

Prof. Lockwood twierdzi, że nieaktywne Słońce niedostatecznie rozgrzewa stratosferę (bo bombarduje ją mniejszą ilością promieniowania UV) i przez to osłabia wiejący w niej prąd strumieniowy - potężną "rzekę" powietrza płynącą z zachodu na wschód. Kłopot w tym, że prąd strumieniowy trzyma od południa w ryzach zimne i ciężkie powietrze, które rozpycha się nad Arktyką. Kiedy więc słabnie, arktyczny chłód spływa do nas. Tak stało się właśnie podczas ostatniej zimy.

A zatem czy zamiast globalnego ocieplenia, przed którym od dawna ostrzegają klimatolodzy, czeka nas ochłodzenie?

Według obliczeń Georga Feulnera i Stefana Rahmstorfa z Instytutu Badań Klimatu w Poczdamie w Niemczech, które cytuje "New Scientist", gdyby nasza gwiazda zapadła teraz w podobny sen jak podczas Minimum Maundera i nie obudziła się z niego aż do roku 2100, prognozowany wzrost temperatur (od 1,1 do 6,4 st. C ponad średnią z początku wieku) byłby mniejszy o 0,3 st. C.

Z tych kalkulacji wynika więc, że mniejsza aktywność Słońca, o ile się utrzyma, mogłaby tylko trochę ograniczyć negatywne skutki obecnych zmian klimatycznych, które spowodował człowiek, pompując do atmosfery gazy cieplarniane.

Mimo trwającej od 2008 r. ospałości naszej gwiazdy ubiegły rok, jak oblicza NASA, był globalnie drugim (po 1998) najgorętszym rokiem w historii pomiarów. A amerykańska Narodowa Agencja Badania Oceanu i Atmosfery ogłosiła niedawno, że ostatnia wiosna, maj, a także pierwsze pięć miesięcy tego roku były wręcz rekordowo gorące.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':