Kiedy kilka tygodni temu ten ekscentryczny amerykański naukowiec poinformował na łamach "Science" o stworzeniu pierwszej syntetycznej bakterii, wśród genetyków zawrzało. Czy jego mikroba można uznać za nowe, sztuczne życie, skoro zamiast wymyślić mu DNA, "zaledwie" skopiował je od innego organizmu?
Badania zajęły Venterowi aż 15 lat. Najpierw kawałek po kawałku obdarł z genów bakterię mykoplazmy (Mycoplasma genitalium - pasożytuje na nabłonku narządów płciowych i w układzie oddechowym; ma najmniejszy znany genom na świecie). Dotarł w ten sposób do minimalnej liczby genów potrzebnych komórce, by mogła się rozwijać i mnożyć. Potraktował to jak przepis. Dwa lata temu na jego podstawie odtworzył ów genom w laboratorium.
Już wcześniej Venter potrafił przenieść materiał genetyczny z jednej komórki bakteryjnej do drugiej, z której wcześniej usuwał oryginalne geny. Teraz zaś połączył obie metody - sztuczne DNA przeniósł do „pustej” komórki innego gatunku mykoplazmy - M. caprocolum.
Rozmowa z prof. Craigiem Venterem
Czym stworzone przez pana sztuczne życie różni się od naturalnego?
Prof. Craig Venter: Paradoksalnie, sztuczne życie znacznie łatwiej zdefiniować niż to naturalne. Syntetyczne DNA, które stworzyliśmy, przejęło kontrolę nad komórką, przekształcając ją w nowy gatunek mikroba. Każde białko w jego komórce powstaje na podstawie naszego sztucznego zapisu.
I to jest właśnie według nas sztuczne życie. I choć nazywamy je też syntetycznym, nie jest to jakaś plastikowa komórka, ale żyjący, powielający się organizm. Tyle że wszystko, co w nim jest, zostało zaprogramowane przez komputer.
Jak to odkrycie zmieni naszą cywilizację?
- Pozytywnie, mam nadzieję. Bardzo potrzebujemy rewolucji, która pchnęłaby nasz świat na inne tory. Na Ziemi żyje dziś ok. 6,8 mld ludzi, a niedługo będzie nas 9 mld! Już w tej chwili ciężko zapewnić wszystkim jedzenie, czystą wodę, prąd, nie mówiąc o nowoczesnej medycynie. Żeby utrzymać się jako gatunek i nie zniszczyć naszej planety, potrzebujemy zupełnie nowych technologii.
Co więcej, dzięki naszym badaniom jesteśmy w tej chwili znacznie bliżej zrozumienia podstaw życia. Tego, w jaki sposób zapis genetyczny określa, jakie to życie - w tym przypadku maleńka bakteria - ma być.
Nie boi się pan, że stworzy coś, co wymknie się spod kontroli?
- Nasz sztuczny mikrob może istnieć tylko w laboratorium, w bardzo określonych warunkach. To ważne kryterium, które musi być zachowane. Jeśli kiedyś ktoś stworzy np. sztuczne glony, to one nie mogą być zdolne do życia w oceanach czy gdzie indziej.
Zaprojektowaliśmy naszej bakterii specjalne geny samobójcze, które nie pozwolą jej na życie poza kontrolą. Jesteśmy w stanie sterować też jej ewolucją. Możemy ją przyspieszać albo zwalniać.
Jestem przeciwny uwalnianiu do środowiska naturalnego jakichkolwiek sztucznych organizmów.
Może bezpieczniej jest nie ryzykować?
- Bez ryzyka nie ma postępu. Jeśli nic nie zrobimy, będziemy musieli patrzeć na pogłębiający się rozpad środowiska naturalnego. Ludzie niszczą Ziemię. I to wcale nie jest dla nas korzystne. Choćby dlatego musimy działać.
Miał pan moment, kiedy się załamał? 15 lat badań nad jedną komórką...
- Były problemy. Jak stworzyć dużą cząsteczkę, jaką jest DNA? Nikt wcześniej tego nie robił. Nie było odpowiednich metod, musieliśmy wymyślić je od zera, co zajęło dużo czasu. Gdy DNA było gotowe i chcieliśmy wszczepić je do innej komórki, okazało się, że różne komórki mają całą masę zabezpieczeń, żeby obcego DNA nie wpuścić. Ich pokonanie trwało i trwało. Potem całe doświadczenie utknęło na miesiące tylko dlatego, że zrobiliśmy jeden jedyny błąd w układzie miliardów literek budujących DNA! Znalezienie pomyłki to była katorga. Okropnie frustrująca.
Ale to dzień powszedni większości naukowców. Harówka, dużo niepowodzeń, ale trzeba wierzyć, że to, co się robi, ma sens.
Źródło: Gazeta Wyborcza