http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Morze już nie może?

Tomasz Ulanowski
2010-06-28, ostatnia aktualizacja 2010-06-28 01:28

Zalesiony brzeg na jednej z wysp archipelagu Malediwów
Zalesiony brzeg na jednej z wysp archipelagu Malediwów
Fot. ED WRAY AP

Choć życie wyszło z wody, a i my jego pierwsze dziewięć miesięcy ciągle spędzamy w wodnym bąblu, to ocean jest nam dziś tak obcy jak Mars. To niedobrze, bo globalne ocieplenie zmienia morza na niespotykaną skalę - ostrzegają naukowcy w "Science"

ZOBACZ TAKŻE
 0,04MB
0,04MB
 0,06MB
0,06MB
Tegoroczna wiosna, maj, a także pierwsze pięć miesięcy roku były najgorętsze w historii naszych pomiarów, czyli od 1880 r. - poinformowała amerykańska Narodowa Agencja Badania Oceanu i Atmosfery (NOAA). Średnia temperatura oceanów i powietrza nad lądami dla okresu marzec - maj wyniosła 14,4 st. C i była o 0,73 st. C wyższa niż średnia z lat 1971-2000.

W Polsce - według danych Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej - wiosenna temperatura wyniosła 7,9 st. C i w zasadzie nie odbiegała od średniej wieloletniej (choć wschodnia część naszego kraju była cieplejsza od zachodniej). Co ciekawe jednak, kiedy my cierpieliśmy z powodu olbrzymich opadów, które w dużej części Polski dwukrotnie przekroczyły normę (a na południu kraju nawet ponaddwukrotnie) i spowodowały powodzie, to zachodnią Europę męczyła susza. Brytyjczycy na przykład mieli najsuchszą wiosnę od 1984 r.

Co jeszcze można wyczytać z najnowszego raportu klimatologów?

Bieguny dwa

Nieustannie, od 1979 r., kiedy rozpoczęto pomiary satelitarne, kurczy się czapa lodowa na Oceanie Arktycznym. W maju jej powierzchnia sięgnęła 13,1 mln km kw. i była o 3,7 proc. mniejsza niż średnio w tym okresie w latach 1979-2000. Biała skorupa pokrywająca "czubek" Ziemi żyje w rytmie marcowych maksimów, kiedy po zimie osiąga największe rozmiary, i wrześniowych minimów. Trzy lata temu jej letnie minimum było rekordowo małe. Wiele wskazuje na to, że w nadchodzącym wrześniu lodu na Oceanie Arktycznym będzie jeszcze mniej. Według danych amerykańskiego Narodowego Centrum Badania Lodu i Śniegu (NSIDC) w Boulder w Kolorado mniej więcej w połowie zeszłego miesiąca tegoroczna krzywa pokazująca kurczenie się arktycznego lodu znalazła się poniżej krzywej z roku 2007. Amerykanie uważają, że któregoś lata do 2037 r. biegun północny będzie zupełnie wolny od lodu. Prof. Wiesław Masłowski, oceanolog z Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej USA w Monterey, szacuje natomiast, że stanie się to już za kilka lat.

Paradoksalnie, kiedy północna czapa lodowa się kurczy, to ta pokrywająca biegun południowy ciągle rośnie (oczywiście nie wszędzie, w niektórych miejscach - o czym poniżej - też maleje). Zasięg lodowców pokrywających ocean wokół Antarktydy był w maju o 7,3 proc. większy niż średnio w latach 1979-2000. Jak to możliwe w dobie globalnego ocieplenia?

Podczas wielkiej polarnej konferencji naukowej, która w pierwszej połowie czerwca odbyła się w Oslo, John Turner z Brytyjskiej Służby Antarktycznej tłumaczył, że za "dziwaczne" zachowanie Antarktydy prawdopodobnie odpowiada... dziura ozonowa. Według Turnera wywołuje ona zimny wiatr, który krążąc wokół południowego kontynentu, chroni go przed ociepleniem.

- A ponieważ pomiary satelitarne rozpoczęliśmy właśnie wtedy, kiedy pojawiła się dziura ozonowa, przyjęło się uważać, że morska pokrywa lodowa wokół Antarktydy rośnie "od zawsze" - mówił John Turner. - To jednak błędne założenie. Dane z rdzeni lodowych wywierconych na Antarktydzie pokazują, że przed pojawieniem się dziury lodu ubywało.

W 1989 r. na mocy tzw. protokołu montrealskiego zakazano stosowania środków chemicznych (m.in. freonów, np. w lodówkach) niszczących warstwę ozonową. Naukowcy twierdzą, że dziura przestała już rosnąć i do 2070 r. atmosferyczne stężenie ozonu, który chroni życie na Ziemi przed promieniowaniem ultrafioletowym ze Słońca, powinno wrócić do normy.

- Dlatego szacujemy, że do końca wieku lodowce morskie wokół Antarktydy zmniejszą rozmiary o jedną trzecią - podsumował John Turner.

Pingwin pingwinowi wilkiem

Z najnowszych badań wynika, że za topnienie potężnych lodowców na Antarktydzie i Grenlandii (największych rezerwuarów wody pitnej na Ziemi) odpowiadają coraz cieplejsze morza. Według danych zebranych przez NOAA średnia temperatura powierzchniowej warstwy Wszechoceanu wyniosła tej wiosny 16,65 st. C i była o 0,55 st. wyższa niż średnia wieloletnia. To prawie rekord w historii pomiarów, który bije tylko temperatura zanotowana w 1998 r. - za ówczesną "gorączkę" odpowiadał wyjątkowo silny fenomen klimatyczny el Nino.

To dlatego najbardziej narażoną na topnienie częścią Antarktydy jest wąski Półwysep Antarktyczny, który znajduje się w zachodniej części kontynentu. Otoczony przez morze i będący tak naprawdę archipelagiem wysp zatopionych przez lodowiec jest niezwykle podatny na ocieplenie, któremu ciągle nie poddaje się wschodnia, "twarda" część Antarktydy.

"Zmiany klimatyczne zachodzące na Półwyspie są dramatyczne" - piszą badacze z USA i Wielkiej Brytanii w specjalnej sekcji poświęconej oceanom opublikowanej niedawno w "Science". "W ciągu ostatnich 50 lat średnia zimowa temperatura skoczyła tam o 6 st. C! To ponad pięć razy więcej niż średnio na całym świecie. 87 proc. tamtejszych lodowców cofa się. Występowanie morskiej pokrywy lodowej skróciło się o 90 dni. Latem morze jest wolne od lodu, co kiedyś było nie do pomyślenia. Co więcej, zmiany klimatyczne przyspieszają".

I, oczywiście, nie pozostają bez wpływu na lokalny ekosystem. Jak piszą naukowcy, w ciągu ostatnich 30 lat zakwity fitoplanktonu, który jest podstawą morskiego łańcucha pokarmowego, zmniejszyły swą powierzchnię o 12 proc. Uczeni mają też dowody na to, że zmniejszyły się jego rozmiary (maleńkie organizmy żyjące w zimnych wodach polarnych są większe od swoich pobratymców z tropików, bo magazynują więcej energii). To wszystko negatywnie wpływa na lokalną populację kryla, który nie potrafi chwytać fitoplanktonu o niewielkich rozmiarach. A krylem żywią się zwierzęta stojące wyżej w łańcuchu pokarmowym - m.in. wieloryby i pingwiny.

Powyższe zmiany doprowadziły np. prawie do wyginięcia zależnych od lodu pingwinów Adeli. W ciągu ostatnich 30 lat ich populacja na Półwyspie Antarktycznym zmniejszyła się o 90 proc. Ich miejsce zajęły nielubiące lodu pingwiny maskowe i białobrewe.

Puchnące oceany

W innej pracy zamieszczonej w "morskiej" sekcji "Science" badacze z Australii i USA narzekają, jak mało ciągle wiemy o wpływie globalnego ocieplenia na oceany. Nie potrafimy na razie ocenić nie tylko tego, jak zmienia ono morskie ekosystemy (nie tylko zwiększając temperaturę, ale też kwasowość wody; a także zmniejszając jej natlenienie), ale nawet tego, jak duży wzrost poziomu morza nam zagraża (w rejonach położonych do 10 m n.p.m. mieszka aż jedna dziesiąta ludzkości). Oceany są bardzo pojemnym akumulatorem ciepła, a cieplejsza woda ma większą objętość niż chłodna. Od niedawna do wzrostu poziomu morza spowodowanego tym zjawiskiem dokładają się też coraz bardziej cieknące lodowce lądowe. Czy do końca wieku wyniesie on więc 60 cm, jak prognozował w 2007 r. Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu, czy nawet 1,8 m, jak wyliczają dziś niektórzy naukowcy? Gdzie urośnie najbardziej, a gdzie najmniej (oceany "puchną" nierównomiernie, gdzieniegdzie poziom morza nawet opada)?

Czy rosnąca temperatura oceanów zachwieje roznoszącymi ciepło prądami morskimi?

Ta nasza niewiedza jest niepokojąca, biorąc pod uwagę, że morza pokrywają aż 71 proc. powierzchni Ziemi. Naukowcy przypominają, że życie na Ziemi było już kilka razy dotykane falami wielkiego wymierania. Kiedyś były one powodowane przez ogromne wybuchy wulkanów czy uderzenia meteorytów. Czy dziś zagrażają mu sprowokowane przez nas zmiany klimatu?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':