Od dawna wśród uczonych trwa gorący spór o to, czy naszym zachowaniem rządzą cechy odziedziczone po bliskich, czy też nabyte w procesie wychowania.
Natura czy kultura? Pytanie "natura czy kultura?" rozpalało dociekliwe umysły już w czasach starożytnych. Według Platona człowiek, rodząc się, posiada tzw. wiedzę wrodzoną. Z kolei Arystoteles uważał, że każdy z nas jest w momencie narodzin "niezapisaną tablicą".
Wraz z rozwojem nowożytnej nauki zwolennicy teorii, wedle której zachowanie człowieka jest zdeterminowane przez naturę, powoływali się na wpływ dziedziczenia (dzięki pracom Grzegorza Mendla), ewolucji (za Karolem Darwinem), a wreszcie genów (od czasu wprowadzenia tego pojęcia przez Wilhelma Johannsena).
Natomiast myśliciele postulujący pogląd, zgodnie z którym nasze czyny zależą od wychowania, powoływali się na dzieła Johna Locke'a czy Davida Hume'a opisujące proces edukacji jako zapisywanie doświadczeń w pustym zbiorniku, jakim miał być umysł.
W XX w. badacze coraz częściej odchodzili od skrajnych stanowisk, a pytanie "natura czy kultura?" zostało zastąpione przez hasło "natura i kultura". Świat nauki szybko jednak zawrzał od nowych teorii, za pomocą których próbowano wyjaśnić, w jakim stopniu każdy z tych elementów determinuje nasze zachowanie.
Próby te żartobliwie skwitował znany kanadyjski neuropsycholog Donald Hebb, który na pytanie dziennikarza: "Co bardziej wpływa na naszą osobowość - natura czy kultura?", odpowiedział: "Co bardziej wpływa na pole prostokąta - jego długość czy szerokość?".
Czy szkoła ma sens? Pytanie "natura czy kultura?" straciło nieco na znaczeniu w oczach rodziców i wychowawców. Zaczęto kłaść nacisk na wszechstronne kształcenie dziecka, z jednej strony starając się jak najlepiej poznać jego wrodzone zdolności, z drugiej zaś strony jak najwięcej do nich dodać poprzez umiejętną edukację.
Jednak spór o korzenie ludzkich zachowań może wciąż mieć wpływ na ważne decyzje. Czy zaniechać wysokich wydatków przeznaczonych na szkoły w biednych dzielnicach, skoro zdolne dzieci i tak się wybiją? A może jednak nie szczędzić funduszy na wczesną edukację, bo nawet najzdolniejsze dziecko zmarnuje swój potencjał przy braku odpowiedniej szkoły?
Badacze z Uniwersytetu Stanowego Florydy (
USA) postanowili zbadać to zagadnienie, śledząc losy ponad ośmiuset par bliźniąt uczęszczających do szkół podstawowych w tym stanie. Od wielu lat bliźnięta są chętnie badane przez naukowców, ponieważ mają wspólne wszystkie geny (bliźnięta jednojajowe) lub ich połowę (bliźnięta dwujajowe).
Artykuł opublikowany w dzisiejszym "Science" opisuje, jak dzieci o identycznych lub różnych (w połowie) genach, uczone przez różnych nauczycieli (miarą jakości nauczania był średni wynik testu osiągnięty przez inne dzieci w klasie), radziły sobie w teście głośnego czytania (Oral Reading Fluency Test). Test ten jest nie tylko miarą osiągnięć dziecka, ale też często decyduje o jego przyszłości - niski wynik może być np. jedną z przesłanek do zdiagnozowania u dziecka niepełnosprawności intelektualnej.
Bez kultury natura nie da rady Okazało się, że pod kierunkiem niekompetentnego nauczyciela dzieci osiągały podobne, bardzo niskie wyniki w teście. Nawet gdy ich genetyczne predyspozycje były bardzo różne, w teście wszystkie wypadały porównywalnie źle. Tymczasem w klasach prowadzonych przez dobrych nauczycieli wyniki poszczególnych dzieci znacznie się różniły. Większość uczniów radziła sobie przynajmniej wystarczająco, a niektóre wypadały świetnie, prawdopodobnie właśnie dzięki "genetycznemu bonusowi".
Rozwój umiejętności czytania można więc porównać do uprawiania roślin. Poszczególne sadzonki rosnące na tej samej żyznej glebie mogą się od siebie znacznie różnić, dziedzicząc po swych przodkach rozmaite cechy. Jednak nawet najlepsze ziarno nie wykiełkuje na betonowej posadzce. Warto o tym pamiętać, zanim stwierdzimy, że "zdolne dzieci i tak dadzą sobie radę". Zwłaszcza iż straty poniesione na etapie nauczania początkowego są potem często nie do odrobienia.