Alicja Katarzyńska, Marek Górlikowski: Kiedy zapadła decyzja o identyfikacji zwłok Krzysztofa Olewnika, pomyślał pan: to może nie być on?
Prof. Ryszard Pawłowski*: Pomyślałem. Obawiałem się też, że trumna może być pusta, skoro tyle dziwnych rzeczy działo się wokół tej sprawy. Już po dwóch tygodniach badań wiedziałem jednak, że to Krzysztof. Potem musiałem to tylko potwierdzić. Dwukrotnie.
Wcale nie było takie oczywiste, że będzie co badać.
- Mogło być już za późno. Ciało Krzysztofa najpierw przez trzy lata leżało w ziemi. Kiedy jeden z przestępców ujawnił miejsce, w którym jest zakopane, wydobyto je po raz pierwszy. Ekshumacja kości z ziemi gwałtownie przyspiesza proces degradacji, rozwijają się mikroorganizmy. W 2006 r. kolejna identyfikacja w Olsztynie. Po ekshumacji materiał trzeba natychmiast włożyć do chłodni, do minus 80 st., a tego w olsztyńskim laboratorium nie zrobiono. I znów cztery lata w trumnie, znów grzyby i bakterie. Kolejne wydobycie zwłok mogło jeszcze przyspieszyć rozkład.
Badanie tego, co zostało z kości po dziewięciu latach, to walka z czasem?
- Najstarsze kości, jakie badaliśmy, miały ponad 60 lat. Zadzwonił do nas starszy pan z taką historią: jego brata aresztowało UB, rodzina dostała informację, że zmarł śmiercią naturalną, ale ciała im nie pokazano. Były plotki, że to nie jego brat. Ograniczyliśmy się do badań chromosomu Y, który dziedziczą synowie od biologicznego ojca. Podejrzenia się sprawdziły, to nie był jego brat.
Na szczęście w kościach Krzysztofa przetrwało dużo DNA, uzyskaliśmy prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że pochowany jest synem państwa Olewników. Ogromne znaczenie miało też to, że mogliśmy to robić najbardziej czułą i wiarygodną w kryminalistyce metodą - namnażania DNA.
Świat korzysta z tej metody od ponad 20 lat. W 1986 r. Amerykanin Kary Mullis wpadł na pomysł, że można dowolny odcinek DNA namnożyć nieograniczoną liczbę razy z minimalnej ilości materiału, jak w biologicznej kserokopiarce. Tak odkryto reakcję PCR - Polymerase Chain Reaction - czyli łańcuchową reakcję polimerazy DNA. Za swoje odkrycie Kary Mullis dostał w 1993 r. Nobla. PCR umożliwia syntezę milionów, a nawet miliardów kopii każdej sekwencji DNA w czasie krótszym niż kilka godzin. To możliwości idealne dla kryminalistyki, bo my zwykle mamy bardzo mało śladów, a do tego często silnie zmienionych. Dlatego ta metoda jest traktowana jako podstawowa do badania śladów genetycznych.
W tym samym roku dr Alec Jeffreys z Uniwersytetu Leicester w Wielkiej Brytanii opracował technikę wyznaczania genetycznego odcisku palca. To tzw. metoda RFLP. Jeffreys nie dostał za to Nobla, ale tytuł szlachecki od królowej.
W 1986 r. zgwałcono i zabito blisko Leicester dwie dziewczyny, 12 i 13-letnią. Policja była przekonana, że to ktoś z miasteczka, przebadali wszystkich 5 tys. mężczyzn i nic. Pół roku po zakończeniu badań kilku facetów piło w pubie piwo. Jeden mówi: a ja byłem dwa razy na badaniu krwi, raz za piekarza Pitchforka, bo on mdleje przy pobieraniu. Podobny do mnie, więc nie było problemów. Informacja doszła do policji, piekarza chapnięto. Dostał dożywocie, siedzi do dziś. Uznaje się to za pierwszy przypadek DNA Man Hunt, czyli polowania na przestępcę za pomocą jego DNA.
Metoda Jeffreysa nie okazała się jednak bardzo przydatna, bo potrzeba do niej dużo materiału genetycznego.
A jak polowano wcześniej?
- Do 1992 r. posługiwaliśmy się znacznie mniej dokładnymi metodami serologicznymi. Oznaczaliśmy grupę krwi ze śladów zostawionych na miejscu przestępstwa. Najłatwiej oznaczyć ją z plam krwawych, ale już w przypadku takich wydzielin jak ślina czy nasienie to loteria. Udaje się to tylko w przypadku tzw. wydzielaczy, którzy stanowią ok. 80 proc. populacji. Z ich śladów można określić grupę krwi 0, A, B czy AB. U pozostałych 20 proc. - tzw. niewydzielaczy - nic nie można określić. Pamiętam pierwszą sprawę, jaką mnie tu zastała 30 lat temu. Gwałt na 13-latce w wiosce pod Malborkiem. Jest podejrzany, są ślady i wątpliwości. W końcu wydaliśmy opinię niejednoznaczną. Boże kochany, myślę sobie, dlaczego ja mam wyręczać prokuratora? A może skrzywdzę tego człowieka, skoro metody nie są na tyle wiarygodne, że mogę podpisać się z przekonaniem. Zaraz potem w 1983 r. był Skorpion [Paweł Tuchlin - słynny seryjny morderca z Wybrzeża skazany na karę śmierci i powieszony za zabójstwo dziewięciu kobiet i usiłowanie dalszych dziesięciu zabójstw] i zabójstwo pielęgniarki pracującej w gdańskim szpitalu. Skorpion okazał się wydzielaczem, więc oznaczyliśmy, że miał grupę krwi A. Tylko że to najczęstsza grupa krwi w naszym kraju, ma ją 40 proc. Polaków. A więc moc dowodowa metody serologicznej jest marna. Inaczej jest w przypadku DNA, wzrasta liczba cech różniących, oznacza się ich kilkadziesiąt. Mimo to nawet dziś nie wydajemy stuprocentowych opinii, uzyskujemy wynik graniczący z pewnością. W przypadku Krzysztofa Olewnika byliśmy pewni na 99,9999999999 proc. Choć mieliśmy minimalną ilość materiału.
Co to był za materiał?
- Z badań ofiar wojny w byłej Jugosławii wiemy, że najbardziej przydatne są tzw. kości długie, czyli ramienna i udowa, bo tam DNA jest dobrze chronione. Zbadaliśmy też zęby, bo bardzo dobrze chronią DNA. Od państwa Olewników pobraliśmy nabłonek z jamy ustnej.
Dlaczego właśnie gdańskie laboratorium dostało sprawę Olewnika?
- Może dlatego, że najwcześniej, bo już w 1992 r. zaczęliśmy badać ślady zostawione na miejscu przestępstwa właśnie techniką namnażania DNA. Dziś inne laboratoria w Polsce też to robią, mają też tak jak my sprzęt najwyższej klasy.
Ponowna ekshumacja i badanie zwłok Krzysztofa miało sens?
- Bezwzględnie. Jedną z wersji było przecież samoporwanie, plotki, że Olewnik żyje, np. gdzieś w Argentynie. Gdybym chciał upozorować swoją śmierć, zrobiłbym to z łatwością. Chowamy kogoś jako mnie. Ja izoluję swoje DNA z czegokolwiek, choćby z długopisu i zaczynam je namnażać. Zamawiam opinię, która pokaże, że profile są zgodne, że to ja leżę w grobie. Kto to podważy, sprawdzi? Można by powtórnie sięgnąć po kości, z których brano DNA, ale - tak jak było w sprawie Krzysztofa Olewnika - kości mogą zaginąć. A próbka DNA sama nie odpowie, z czego została wyizolowana.
Źródło: Gazeta Wyborcza