Dziś "Science" publikuje sążnisty raport blisko 40 naukowców z całego świata - przedstawicieli szeroko pojętych nauk o Ziemi - którzy przeanalizowali wszelkie dostępne badania dotyczące przyczyn wielkiego kataklizmu, który na przełomie kredy i paleogenu doprowadził do wymarcia dinozaurów.
Granica dwóch światów Ta zagadka od dawien dawna pasjonuje paleontologów, na przestrzeni lat wysunięto mnóstwo hipotez. Dinozaury miały zatruć się liśćmi nowych roślin kwiatowych, przegrać z konkurencją mniejszych, lecz sprytniejszych ssaków, paść ofiarą epidemii czy też zmian środowiska spowodowanych obniżeniem się poziomu morza.
Kłopot w tym, że dinozaury nie były jedynymi poszkodowanymi gatunkami. Nagła zagłada spotkała blisko 75 proc. wszystkich gatunków roślin i zwierząt, które wtedy żyły na Ziemi - od dużych jaszczurów po mikroskopijne otwornice wchodzące w skład morskiego planktonu. Kontrast między skałami kredy i paleogenu jest porażający. W tych pierwszych jest pełno muszli amonitów i belemitów, małżów zwanych rudystami, kości mozazaurów, plezjozaurów, pterozaurów. To wszystko urywa się 65,5 mln lat temu. W kolejnych osadach - już z paleogenu - prawie nie ma widocznych gołym okiem skamieniałości, a stopniowo pojawiają się całkiem nowe istoty, przedstawiciele ery ssaków.
To nagłe wymarcie setek tysięcy, a może i milionów gatunków wskazywało na jakąś globalną katastrofę. Jedni dopatrywali się jej w wybuchach wulkanów i trzęsieniach ziemi, zwłaszcza że mniej więcej w tym czasie doszło do najpotężniejszych wylewów lawy w okolicach obecnego Półwyspu Indyjskiego. Inni wskazywali na kosmos - zabójcze promieniowanie, spowodowane np. wybuchem supernowej.
Jednak najbardziej szokującą hipotezę wysunęli dokładnie 30 lat temu dwaj amerykańscy badacze, ojciec i syn, Luis i Walter Alvarez. W czerwcowym numerze "Science" z 1980 r. napisali, że 65 mln lat temu w Ziemię musiał uderzyć intruz z kosmosu - wielka asteroida lub kometa. Ich praca odbiła się głośnym echem w świecie naukowym, także w mediach. Wybuchły spory i dyskusje, które trwają do dziś. Podsumowuje je raport w dzisiejszym "Science", który w konkluzji składa hołd Alvarezom. Bo z raportu wynika, że to właśnie ich hipoteza wytrzymała próbę czasu i jako jedyna w pełni wyjaśnia to, co się stało ze światem dinozaurów.
Tajemnica Faraonów W parze Alvarezów ojciec był postacią barwniejszą. Z wykształcenia fizyk jądrowy, pracował w programie "Manhattan" nad budową bomby atomowej. Po drugiej wojnie światowej ulepszył konstrukcję komory pęcherzykowej, która służyła do wykrywania i śledzenia cząstek elementarnych (najmniejszych składników materii). Za to ostatnie osiągnięcie w 1968 r. odebrał Nagrodę Nobla.
Wcześniej jednak zasłynął z dwóch detektywistycznych historii, które tylko pośrednio wiązały się z jego profesją. Kiedy w 1962 r. zwiedzał
Egipt, zdziwiła go różnica między stojącymi obok siebie wielkimi piramidami Cheopsa i Chefrena. Ta pierwsza kryje w swym wnętrzu kilka komór, korytarzy, wielką galerię. Druga, choć późniejsza, zbudowana przez syna Cheopsa, jest wyjątkowo uboga w pomieszczenia. Miała tylko jedną komorę grobową, do której prowadzą dwa korytarze.
Alvarez uznał, że w piramidzie Chefrena mogą znajdować się jeszcze inne komory, wciąż nieodkryte. Wpadł też na pomysł, że można by to zbadać, prześwietlając piramidę. Takie badanie za pomocą promieni Roentgena byłoby oczywiście wielce niepraktyczne, wymagałoby bardzo silnego aparatu, ogromnych klisz etc. Alvarez jednak wcale nie myślał o promieniach X. Jako fizyk wiedział, że Ziemia jest nieustannie bombardowana przez naładowane cząstki z kosmosu, tzw. promieniowanie kosmiczne. Większość tej nawałnicy zatrzymuje atmosfera, ale do powierzchni docierają m.in. miony - cząstki, które są cięższymi kuzynami elektronów. Naukowiec postanowił je wykorzystać do prześwietlenia piramidy. Namówił do współpracy egipskich archeologów i fizyków, wstawił do wnętrza piramidy detektor mionów i badał liczbę cząstek przenikających do środka piramidy z różnych kierunków. Większy sygnał oznaczałby obecność pustej wnęki, która przepuszcza więcej mionów niż pełne mury.
Eksperyment nie przyniósł rewelacji. Ale Alvarez się zżymał, jak ktoś mu mówił, że niczego nie odkrył: "Ależ odkryliśmy - że w piramidzie Chefrena nie ma żadnych ukrytych komnat".
Kto zabił prezydenta Po raz kolejny o Alvarezie było głośno przy okazji śledztwa w sprawie zamachu na prezydenta Johna F. Kennedy'ego. W kilka godzin po zabójstwie aresztowano Lee Harveya Oswalda, ale w to, że on był samotnym zamachowcem, wielu do dziś wątpi. Zwłaszcza że sam Oswald zginął w zagadkowych okolicznościach dwa dni po aresztowaniu, kiedy był przewożony z jednego więzienia do drugiego. Jedna ze spiskowych teorii twierdziła, że zamachowców było co najmniej dwóch, gdyż kule, które ugodziły Kennedy'ego, miały być wystrzelone z dwóch przeciwnych stron. Opierało się to na analizie filmu zrobionego podczas zamachu, na którym widać, jak porusza się postrzelona głowa prezydenta.
Luis Alvarez zainteresował się tą sprawą, kiedy magazyn "Life" w 1966 r., trzy lata po zamachu, opublikował klatki z tego filmu. Fizyk świetnie się znał na analizie zdjęć, potrafił też precyzyjnie zrekonstruować ruchy ciała, z którym zderzają się rozpędzone kule. Wszak w podobny sposób śledził w swej komorze pęcherzykowej zderzenia cząstek elementarnych. Jego analiza całego zdarzenia okazała się znacznie bardziej precyzyjna niż praca ekspertów FBI. Wynikało z niej, że film nie stanowi dowodu na to, że był więcej niż jeden strzelec. Alvarez podważył więc spiskową wersję zabójstwa Kennedy'ego.
Kto zabił dinozaury Ale w annałach nauki Alvarez z pewnością zapisze się jako ten, który pod koniec lat 70. wytropił zabójcę dinozaurów. Jego syn Walter, geolog, wraz z kolegami badał wtedy skały koło Gubbio we włoskich Apeninach. Ich uwagę przykuła warstwa czarnego iłu o grubości 1 cm. Poniżej były skały zawierające skamieniałości całego bogactwa flory i fauny kredy, powyżej - całkiem nowe gatunki paleogenu. Walter wyciął mały fragment tej tajemniczej granicy dzielącej świat sprzed i po katastrofy i pokazał ojcu, mówiąc, że to jedna z największych zagadek w geologii.
Luis jak zwykle dał się porwać tajemnicy. To on zaproponował, by w warstewce iłu zbadać zawartość irydu, która okazała się wyjątkowo duża. To był odcisk palca asteroidy z kosmosu. W skorupie ziemskiej irydu jest mało, bo w gorących czasach formowania się planety razem z żelazem poszedł na dno. Potem znaleziono kolejne dowody uderzenia kosmicznego ciała - spękane kryształki kwarcu, małe stopione szkliste kulki (tzw. sferule), drobne
diamenty. Wreszcie w 1990 r. odkryto "dymiący pistolet zabójcy" - pozostałość po wielkim kraterze na meksykańskim półwyspie Jukatan.
Luis Alvarez już tego nie doczekał. Umarł dwa lata wcześniej.
Zabójcza asteroida
* Miała średnicę 12 km, a masę - 3 bln ton.
* Leciała z prędkością 20 km/s (20 razy szybciej niż kula karabinowa)
* Uderzyła w Ziemię z energią miliard razy większą niż eksplozja bomby atomowej w Hiroszimie
* Wybiła krater o średnicy 100 km i głębokości 30 km
* Podobne katastrofy mogą się przydarzać Ziemi raz na 100 mln lat
>